wtorek, 29 września 2020

świeczka Kringle Candle Covered Bridge

Most do późniejszej jesieni

Uwielbiam aurę jesieni. Zarówno tę złoto-czerwoną, chłodno-ciepłą, jak i chłodniejszą, wilgotniejszą, kiedy to nagie drzewa spowija mgła, a liście leżą już na ziemi. Stąd lubię mieć zapachy podkreślające to wszystko. Nie może zabraknąć więc u mnie obiektu dzisiejszej recenzji - jako typowa domatorka lubię sobie właśnie nim wnosić trochę jesieni do mieszkania.

Kringle Candle Covered Bridge Daylight to świeczka o zapachu kwiatów z aromatami jesiennego, leśnego powietrza, odzwierciedlająca "kryty most" od Kringle Candle Company; u mnie jako Daylight (42 g).

Opis producenta:
Radosne aromaty leśnych kwiatów rosnących przy strumyku unoszące się do góry, aby przyjaźnie połączyć się z zapachem drzew i liści. Składa się to na trwały, klasyczny nowoangielski amalgamat.

Recenzja

Wąchana na sucho najpierw uderzyła mnie zapachem kwiatowo-męskiego dezodorantu, który aż zakręcił w nosie, by następnie - wciąż w nim kręcąc - przejść w liście w jakimś chłodnym, opuszczonym parku: niektóre suche, inne zawilgocone. Kompozycja była dość chłodna, ale w taki... wilgotnie-leśny sposób.

Po rozpaleniu wzmacnia się aromat zawilgoconych roślin, drewna i właściwie samego lasu. Mocny dezodorant przeszedł w dobre, męskie perfumy mieszające się z kwiatami w chłodnej, wilgotnej kwiaciarni. Oczami wyobraźni zobaczyłam wychodzącego z niej eleganckiego mężczyznę w długim płaszczu z wiązanką kwiatów. Poszedł przez park, nie zwracając uwagi, że idzie po trawniku wilgotnym jeszcze po deszczu. Aromat mokrych liści, a także kropelki deszczu zupełnie mu nie przeszkadzały. Szedł pewny siebie, on wiedział dokąd. 

Moc świeczki wydała mi się zaskakująco silna, wyrazista jak na Daylight. Rozchodzi się szybko i porządnie, po czym trwa długo. Czuć ją bardzo dobrze i mimo natężenia nie była męcząca. Wszystko w niej wydawało się dokładnie takie, jakie miało być.

Dokładnie taki był ten zapach: zdecydowany. Pewny siebie, niczym ten wyobrażony i opisany facet. Wilgoć roślin, rześkość po deszczu i dobre, męskie perfumy - bez komplikacji i zawiłości. Piękna klasyka. Konkretna, a jednocześnie nie za ciężka. Takie... wprowadzenie ze słonecznej i jeszcze ciepłej w późniejszą już jesień. To jeden z moich ulubionych zapachów na późniejszą jesień, choć nie ma w nim niczego nadzwyczajnego, wbijającego w fotel.

9/10

sobota, 26 września 2020

kadzidełka Elements Water Dragon (Wodny Smok) Patchouli

Ziejąc... wodą czy jadem?

Stosunkowo niedawno odkryłam, że nuta, którą ja tak lubię, a która według wielu ludzi jest odpychająca to paczula. Otóż według mnie rzeczywiście kojarzy się z ziemią, której to woń lubię. Kiedy z kolei poczuję ziemiste nuty w czekoladzie, jestem kupiona. O dziwo jednak tego kadzidełka nie kupiłam ze względu na paczulę, a... smoka. I wodę. Otóż uwielbiam motyw smoków, a woda - śmieję się zawsze, że jako zodiakalne Ryby jakoś tam z nią związana jestem. Obecnie nie przepadam, ale wielką część dzieciństwa spędziłam nad jeziorami. Wszystko to, wraz z nieco mrocznym opakowaniem, przełożyło się na iście mój miks. Oby też tak pachniał!

Elements Incense Water Dragon (Wodny Smok) Patchouli to kadzidełko o zapachu paczuli, z linii Anne Stokes "Age of Dragon" w ramach współpracy z firmą Elements; u mnie w formie kadzidełek stożkowych, których w opakowaniu jest 15.


Recenzja

Już na sucho kadzidełko pachniało mocną mieszanką wytrawnie-gorzkawą i jednocześnie dość słodko. Skojarzyło mi się to z rozgrzanym i tylko co zlanym ulewą, parującym chodnikiem oraz czarną, wilgotną ziemią. Ta miała niewątpliwie chłodny charakter, podkręcony jakby przez miętę i pewną kwiatowość.

Dym rozniósł po pokoju goryczkowatą, mokrą, czarną ziemię, której chłodu i wilgoci nadała jakby miętowa nuta. Z czasem nasilała się, przywołując do siebie... ostrzejszą lukrecję? Pomyślałam też o zawilgoconych i nieco przegniłych kwiatach. Także w nich kryła się lekka pikanteria.

Poczułam się jakbym znalazła się w lesie niewiarygodnie upalnego dnia, w którym nastąpiło załamanie pogodowe, efektem czego była burza. Oczami wyobraźni zobaczyłam starą, asfaltową drogę biegnącą przez ciemny las. Była mokra i parująca... Niewątpliwie właśnie zlała ją ulewa, na dobre spływając po okolicznej gęstej roślinności, rzucającej teraz cień. Trochę roślinnie-brudne tony zawarły rześkość, tworząc orzeźwiająco-lekką atmosferę, a jednak nie zapominając o swoim charakterze. Ostro-chłodząca lukrecja (?) podkreśliła harmonię tego.
Jeszcze długo po skończeniu dymienia czułam drapiąco-ostrawe wspomnienie upału, asfaltowość i bezkresny chłód, wilgoć... lasu, ziemi, ziół (mięty? lukrecji?).

Kadzidełko okazało się bardzo intensywne, potrafiło aż pod koniec zadrapać w nosie, ale na pewno nie było zbyt ciężkie. Wręcz przeciwnie! Mimo charakternego, mocnego zapachu dawało rześkie wytchnienie. Intensywność i wyważenie wszystkiego uważam za ogromny plus. Co więcej, nie dymiło się jak oszalałe, a pachniało dobrze.

Całość podobała mi się, jednak nie wiem, czy była taka czysto paczulowa. Ten jej chłód, jaki końcowo niosła, wydźwięk dość obrazowy i zaskakujący... Niby lubię wszystkie nuty tego kadzidełka, ale nie zrobiło na mnie jakiegoś szczególnie wielkiego wrażenia. Mimo to, jadem ziać tu na pewno nie będę, wypalę je do końca z przyjemnością. Z drugiej strony... jeśli ma oddawać wodnego smoka, to chyba zrobiło to doskonale.

8/10

czwartek, 24 września 2020

świeczka / wosk Village Candle Patchouli Plum

Śliwa nie pod okiem

Uwielbiam śliwki, są jednymi z moich ulubionych nut w czekoladach, stąd mimo że za zbyt jedzeniowymi / owocowymi zapachami nie szaleję, akurat śliwka jest na specjalnych prawach. Też jednak nie taka odosobniona. Ona jest według mnie idealna do rozmaitych, charakternych połączen kompozycji.

Village Candle Patchouli Plum to świeczka o zapachu "paczuli i śliwek", u mnie jako votive / sampler 61 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta: 
Dojrzałe, soczyste śliwki, malina, kwiat paczuli

Recenzja

Świeczka na sucho pachniała głęboko i soczyście owocami dojrzałymi, słodko-kwaśnymi, a także podsuszono-podwędzonymi, charakternymi. Dominowała oczywiście śliwka, ale czułam też inne, m.in. jeżyny (?), maliny. Zwłaszcza te ostatnie wydały mi się słodziutkie - może jak jakiś syrop? Podkreślała je goryczka... sezamu, może też masy makowej? Lekko korzennie przyprawiona i otulona kadzidlaną, trochę ziemistą nutką.

Po rozgrzaniu wosku nastąpiła śliwkowa eksplozja. Słodko-kwaśne, soczyste śliwki mknęły jak oszalałe. Ich smak wydał mi się esencjonalny i... jakby nagle spowił je kadzidlany dym i sprowadził na ziemię. Dosłownie. Poczułam jej goryczkę, podchodzącą trochę pod sezam. Pojawiła się leciutka sugestia kwiatów, a że słodycz owoców nie ustępowała, pomyślałam o "jakiejś słodkiej masie" (ni chałwie, ni masie makowej). Takiej... nasączonej śliwkami, może śliwkowym syropem (likierem?) i...z suszoną śliwką? Oprócz tego czułam jakąś drobnicę (jeżyny? maliny?), ale chowała się ona w kadzidlano-kwiatowych, lekko chłodno ziemistych tonach. Może wsiąkała w ziemię, jako gęsty i słodziutki syrop owocowy (malinowy?). Z czasem robiła się słodsza, ale wciąż z charakterem, głęboka.
Zapach jest mocny: już na sucho czuć go wszędzie, wraz z ciepłem rozchodzi się szybko i po całym mieszkaniu. Po zgaszeniu utrzymuje się długo. Co więcej, nie jako "echo w tle", a wyraźnie jako opisane nuty. 

Ta świeczka okazała się zapachem oddającym częściowo jedną z moich ulubionych czekolad Halba Chocolats Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %. To jeden z tych owocowych zapachów, które mają charakterek, poważny wydźwięk i uzależniają. Śliwki i inne owoce, mimo że chwilami zahaczały o "słodziuteńkość" zostały przełamane goryczką (zakochałam się w skojarzeniu z sezamem i ziemią). Kompozycja bardzo charakterystyczna, zapadająca w pamięć. Mimo mocy i ciężkości nie przyprawia to więc o ból głowy. Jak znalazł dla osób, które lubią siekiery, ale masochistami nie są. To śliwka z pazurkiem, za którą należą się brawa, a nie śliwa pod okiem.

10/10

środa, 23 września 2020

świeczka Country Candle Leaves

Tajemnicze liście z szafy

Jesienne liście odkąd pamiętam wprawiały mnie w zachwyt. To, jak drzewa się ozłacają wydawało się magiczne, zaś widok liści opadających zawsze przyprawiał mnie o nostalgiczne refleksje. Na koniec liście umarłe, leżące już na ziemi - początkowo aż się chce w nich wytarzać, z biegiem czasu jednak... coraz smutniejsze. A że typ ze mnie z natury posępny, lubię taką aurę. Gdyby tak można ją zamknąć w malutkim pojemniczku i zabrać do domu jak słodziaka ze schroniska... Zaraz, a może się da?
W małą niepewność wprawiły mnie jedynie opisy na różnych stronach i... w sumie zapachy. Otóż Country Candle należy do Kringle Company, ale zapach Leaves występuje i pod szyldem Country (np. jako mój Daylight), i pod Kringle jako świeca. Sęk w tym, że na niektórych stronach wydźwięk opisu jednego od drugiego różni się i... może by mnie to nie zdziwiło, gdyby nie fakt, że to, co czułam w Daylightcie Country bardziej pasowało do opisu świecy Kringle. Potem jednak sprawdziłam na stronie producenta w oryginalnej wersji po angielsku i ten pozwoliłam sobie przetłumaczyć. Na stronie producenta opis i Kringle, i Country Candle brzmi tak samo.

Country Candle Leaves to świeczka o zapachu liści od Kringle Candle Company; u mnie jako Daylight (42 g).

Opis producenta:
Wielobarwne liście o różnych kształtach i rozmiarach, słodki zapach drzew, cytrusy i mieszanka korzennych przypraw tworzą kolaż kandyzowanych skórek, liści.

Recenzja

Na sucho zapach uderzył mnie mieszanką soczystych pomarańczy, z naciskiem na słodko-goryczkowatymi skórki (te skojarzyły mi się trochę z... szafą mojej babci, w której oprócz ubrań / futer trzymała właśnie suszone skórki) oraz ostrych przypraw korzennych. Szły w nieco słodkawym, drzewnym kierunku, natychmiast kojarząc się z suchymi, jesiennymi liśćmi w ciepłych barwach. To liście, które tylko co spadają z drzew i opadają na ziemię, ale także już suche i szeleszczące... Właśnie z ziemistością wyraźnie wyczuwalną tak w tle.

Po ogrzaniu zapach początkowo wciąż był soczyście-żywy, cytrusowo-jabłkowy, a dzięki temu rześko-jesienny niczym już nieco chłodniejszy, ale słoneczny poranek. Początkowo czułam wilgoć, słodko-kwaskawe pomarańcze, jak również pikanterię przypraw korzennych, podrasowanych ziemistymi tonami. Przyprawy rozgrzewały złoto-pomarańczową scenerię, wręcz... ususzając pewne wątki. Pomarańcza pokazała mi swą kandyzowaną skórkę, w oddali zaszeleściły sucho-kruche liście. Z czasem do głowy przyszły mi nawet kwaskawe jabłka z cynamonem; jakby jakaś szarlotka pieczona w oddali. Właśnie ta pomarańczowa soczystość przechodząca w jabłka w tle zapewniła idealną spójność między tym wszystkim. Pomógł jej chyba anyż z imbirem, cynamonem (i innymi). Mimo lekkości, liście pokrywały... charakterną ziemię. Znów naszła przyszło wspomnienie szafy pełnej babcinych futer, które przeszły skórką pomarańczy, co przekładało się na mocne i jednoznaczne skojarzenie z suchymi liśćmi.

Intensywność zapachu uważam za dobrze wyważoną, bo była wysoka, na tyle, by wszystko wyraźnie poczuć, a jednak nie ma mowy, by mogło to przytłoczyć / zmęczyć. To świeczka idealna na podrasowanie klimatu, w tle. Czuć ją "falowo", bardzo wyraźnie przy wchodzeniu / wychodzeniu z pokoju. Rozchodzi się w średnim tempie, trwa raczej nie za długo po zgaszeniu. Z czasem po prostu jakieś echo w tle da się wyłapać i tyle. Przy takim bukiecie, a więc podkręceniu liści pomarańczą i przyprawami, "siekierowość" mogłaby wprawdzie zepsuć efekt... jednak nie ukrywam, że wolałabym, by czuć go było dłużej i wyraźnie.

Kompozycja okazała się jednocześnie sugestywna - nie da się przy niej nie myśleć o liściach - jak również... "nie tylko liściowa". Zaskoczyła mnie jej owocowa strefa i sporo korzenności. Polubiłam się z jej suszkowymi nutami, jak i ziemistym tłem. Nawet moje dziwne wspomnienie szafy świetnie się w to wpisało. Dla mnie to dokładnie wspomnienie liściastej jesieni z dzieciństwa!
Gdy tylko zamykałam oczy, w wyobraźni widziałam dokładnie liście. Mnóstwo liści (i szafę ze skórkami).
Dobrze, że lubię i korzenność, i pomarańcze, stąd taki sposób na liście wpisał się w mój gust. Ładny, klimatyczny, czysty. Nie ukrywam jednak, że osobiście wolę bardziej "szatańskie" zapachy.

8/10

poniedziałek, 21 września 2020

kadzidło Prema Three Kings Gloria

Chwała gotowym mieszankom?

Jestem ateistką, ale nie przeszkadza mi to, że inni mają potrzebę wierzenia w coś, cokolwiek, kogokolwiek. Do kościoła jako do instytucji mam znacznie więcej zarzutów, ale o tym na pewno nie zamierzam tu pisać. Wolę o kościołach-budynkach. Architektura sakralna - zwłaszcza mroczna goryczka z ogromem szczegółów - podoba mi się i... zawsze podobał mi się kościelny zapach. Jako dziecko uwielbiałam chodzić do kościoła, by móc zaciągać się ciężką wonią kadzidła. Moi również niewierzący rodzice myśleli, że chodzi raczej o śpiewanie, o to, że "koleżanki z klasy chodzą" etc. A to po prostu budziła się we mnie miłość do kadzideł. Która mi została. Jako osoba dorosła, lubująca się w kadzidłach i zapachach ogółem, mająca dostęp do internetu nie mogłam się oprzeć, by nie zrobić małych zakupów. Zwłaszcza gdy odkryłam, że pewien internetowy sklep stacjonuje w moim mieście.

Prema Three Kings Gloria to mieszanka żywiczna "na szczególne okazje" na bazie benzoesu z damarą, kopalem i drewnem sandałowym; producenta Three Kings.

Opis producenta:
Zapach podczas kadzenia z początkowo słodkiego, przechodzi w egzotyczny las z dodatkiem drzewa sandałowego.

Recenzja

Kadzidło na sucho wydało mi się słodkie w kremowy, lekko waniliowy sposób i podszyte ciepłem drzew ogrzewanych złotym słońcem w zenicie.

Palone początkowo roztoczyło subtelną słodycz, przypominającą mieszankę kleju i wanilii, by następnie... poprzez ten klej i pewną rześkość wpleść żywą słodycz drzew. Pomyślałam o wilgotnym, wonnym lesie, w którym nie brak kwasków. Wyraźnie czuć nutkę drewna sandałowego. Zamykając oczy widziałam mnóstwo drzew rozgrzanych słońcem, a jednak pełnych życia, rzucających cień... i dających tym samym wytchnienie. Wydało mi się to w pewnym momencie dość soczyste, choć sporadycznie - raz mocniej, raz słabiej - podkradała się pod to specyficznie kościelno-kadzidlana, słodkawa kremowość.

Kadzidło potrzebowało trochę czasu, by zacząć porządnie dymić. Gdy już do tego doszło, dymu było dużo, ale nie był on męczący. Rozchodził się łatwo, a zapach kadzidła utrzymywał się długo na przystępnym (nawet w małym pomieszczeniu) poziomie, nie dusił. Co więcej, jest bardzo, bardzo wydajne.

Całościowo kadzidło wyszło słodko, przy czym słodycz ta była jakby zgaszona, z wieloma wybiegami na przeciw kwasku i rześkości egzotycznego lasu. Ładny, stonowany i przystępny zapach.

8/10

sobota, 19 września 2020

wosk / świeca Goose Creek Warm & Welcome

Zaproszenie na ciepłą bułeczkę

Mam słabość do kotów i to niestety tak silną, że przed bankructwem ratuje mnie tylko to, iż niektóre zapachy z kotami na etykietce występują w formie wosków. Zauważyłam, że zapachy z kotami zazwyczaj są słodkie, a więc średnio w moim guście (a już na pewno nie oddające zapachu mojej kotki, który kojarzy mi się z... pieczonymi ziemniakami). Może to logiczne: koty są słodkie, stąd...? Ale ej! Mają pazury i... no tak, często są za leniwe, by je pokazać. A lenistwo jest... słodkie. No dobra, chyba przegrałam. Przyszło mi więc cieszyć się z opakowania z kotem i nastawić się pozytywnie na... słodycz?

Goose Creek Warm & Welcome to zapach budujący klimat upragnionego ciepła i komfortu, u mnie jako wosk (59g: 6 kostek po ok. 10g).

Opis producenta:
Są dni, w które wszystkim, czego chcesz to zostanie w domu z kubkiem herbaty lub kawy i spędzenie czasu na ulubionym fotelu czy kanapie. Taki idealny dzień skupia się na nic nie robieniu - nic, oprócz tego, co łagodzi i uspokaja. To może być czytanie powieści, słuchanie ulubionej muzyki czy oglądanie telewizji. Takie dni są idealne na ten zapach.
Nuty górne: ciepły bursztyn, wanilia, drewno sandałowe
Nuty środkowe: kwiat wanilii, krem marshmallow / pianki
Nuty dolne: biała mocha, wanilia, kremowe drzewa


Recenzja

Na sucho wosk zwłaszcza w pierwszej chwili pachniał słodko i ciepło, splotem delikatnej, mlecznej czekolady, waniliowych bułeczek / ciastek i drzew. Potem nasilały się drzewa, poprzez które wkradały się głębokie, kwiatowe i bardzo kobiece perfumy. Poczułam się, jakby wszystko to mnie dosłownie utulało, niczym mięciutki, gruby kocyk. Im dłużej wąchałam, tym jednak zapach znów zdawał się zawracać do słodyczy. Czyżby ktoś chował przede mną pod tym wszystkim jakąś... drożdżówkę?

Rozgrzewając się, wosk zdecydowanie postawił na słodycz, acz szlachetną. Od czekolady pomknął ku ciasteczkowości i drożdżowości. Wyraźnie była to jakaś (może jeszcze ciepła?) mięciutka, słodka drożdżówka z palonym, szlachetnym karmelem i odrobinką lukru (ewentualnie karmelowego lukru). Nutę karmelu podrasowały drzewa, dodając mu powagi. Na chwilę zatrzymały słodycz, co umożliwiło wejście na scenę kobiecym perfumom. Należały do jakiejś pani na poziomie, z klasą, ale która akurat... ma humor na po prostu wtulenie się w ciepły, pachnący kocyk. I deserek składający się z... lukrowanych bułeczek-ciasteczek i... krówek? Może tylko tak sobie o tym marzy i rozmyśla, a naprawdę wciąż jeszcze siedzi w pracy... właśnie robiąc sobie przerwę na bułeczki i nie tylko? Znów trochę kwiatów i wanilii uprzyjemniło chwilę, by następnie domknąć to wszystko charakterem ciepłych, lekko pikantniejszych drzew i czekolady... czy może kawy? Na pewno w wersji mlecznej i z palonym charakterem. 

Już na sucho wosk wykazał się intensywnością i mocą. Rozgrzany umocnił mnie w przekonaniu o swej sile, rozchodząc się szybko i porządnie na całe mieszkanie. Jednocześnie wcale nie wyszedł zbyt napastliwie, nie szarżował (o co przy słodkich nutach łatwo).

To niewątpliwie zapach słodki, ale słodko otulający i leniwy, nie zaś napastliwy czy aż muląco-mdlący. To słodycz szlachetna, zgaszona, z charakterem. Kompozycja otulająca i ciepło-opalana. Interesująca i głęboka w swej słodyczy... jak pościel, w którą aż się prosi wtulić i zapaść lub słodka, mięciutka bułeczka.
Zapachy spożywcze nie należą do moich ulubionych, jednak tego, mimo bułeczkowatości i słodyczy, nie wpisałabym w klimat tylko jedzeniowy. Ogólnie był "kobieco-milusi", ale... taki pozytywnie "wygodnicki", przytulny, więc jak wkupił się w moje łaski. Po prostu za jego słodyczą było "to coś", mimo że nie był specjalnie jednoznaczny. A może właśnie dlatego?

10/10

Aktualizacja z dnia 25.04.2025


Goose Creek Warm & Welcome to zapach budujący klimat upragnionego ciepła i komfortu, u mnie tym razem jako świeca (198g z jednym knotem); edycja z 2024.


Sucha świeca pachniała wyraźnie, ale dwa razy słabiej niż suchy wosk.

Po zapaleniu knota, po dłuższym czasie rozszedł się zapach znany mi z woskowej wersji, jednak niestety w wydaniu znacząco delikatniejszym. Potrzebował sporo czasu, by w miarę równo rozejść się po pokoju, a siła, natężenie zapachu była niesatysfakcjonująca. To licha namiastka charakternego, wyrazistego wosku. Bez siekierowości, odbiór tego zapachu jest po prostu gorszy. Co głębsze, bardziej leniwe i zarazem szlachetne akcenty pouciekały, a został główny motyw bułeczkowo-ciepłej, trochę waniliowej słodyczy, z nieśmiałym echem drewna. Uznałam, że świecę potraktuję jak wosk, wykrajając po ok. 10 gramów.

6/10

czwartek, 17 września 2020

świeczka / wosk Village Candle Pumpkin Bread

Po co piec, jak można wąchać?

Prawie nic nigdy nie piekę. Upieczenie chleba? W życiu! Upieczenie słodkiego chlebka? Tym bardziej, choć paradoksalnie... mimo że nieciastowy ze mnie typ, akurat chlebki dyniowe / bananowe są takimi tworami, które zjeść bym mogła. Niegdyś jedzony, wilgotny i korzenny chlebek dyniowy autentycznie jakoś się w moje łaski wkupił. Tym, co z kolei nie podlega dyskusji jest, że... pachnie to to zniewalająco. Nie mogłam więc pozostać obojętna na taką świeczkę.

Village Candle Pumpkin Bread to świeczka o zapachu "chlebka dyniowego", u mnie jako votive / sampler 61 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta:
Nuty zapachowe: dynia, imbir, gałka muszkatołowa, goździki
Widok pierwszych dyń w sezonie zawsze wywołuje uśmiech. Któż by się oparł? Żywy wybuch kolorów, urok jesiennych zbiorów i ekscytacja z powodu tylu pyszności do zrobienia. Zapach nawiązuje do tradycji, które kochamy. Z zastrzykiem bourbona oraz nutami pikantnego imbiru i goździków zapach zapewnia nieoczekiwany zwrot akcji, oczywiście z uśmiechem.

Recenzja

Świeczka na sucho uderzyła mnie intensywną, smakowitą wonią wyjętego z piekarnika i właśnie stygnącego chlebka dyniowego o wilgotnym wnętrzu, przyprawionego w korzenny, nienachalny sposób. Słodycz była niska, a cynamon, goździki, gałka muszkatołowa i inne ułożyły się w bukiet ciepły, ale nie ostry.

Ostrość urosła niczym dynie za chatką Hagrida dopiero po rozgrzaniu wosku. Imbir, goździki (i chyba wciąż cynamon) przyozdobiły odważnie słodziutką, wyrazistą dynię w formie słodkawego chlebka. Oczami wyobraźni widziałam to miękkawe i gęste, wilgotne wewnątrz, a mocniej przypieczone po bokach, ciasto wyjmowane z piekarnika i parujące. Imbir i dynia podkreśliły nawzajem swoją ciepłą soczystość, przy  której uchwyciłam cytrusową nutę.

Z czasem z kompozycji wyłoniła się zaskakująco wyrazista, słodko-soczysta pomarańcza.
Mimo wszechobecnej, ciastowej słodyczy, kompozycja nawet nie skłaniała się ku przesłodzeniu. Na straży stała bowiem lekka korzenna goryczka (gałka? cynamon?), a także maślaność, wyczuwalna po dłuższym czasie jakby pod tym wszystkim.

Ciasto-chlebek dyniowe było jednak cały czas niezwykle obrazowe i ciepło-pikantne, ale nie wypalające, a błogo rozgrzewające.

Zapach już na sucho był bardzo intensywny, a rozgrzany nie utracił ani obrazowości, ani mocy. Zatrzymał się w punkcie, który nie przytłaczał, ani nie męczył. Szybko rozszedł się po całym mieszkaniu i trwał bardzo długo, popisując się dynamiką.

Zapach ten w 200 %ach oddaje Chlebek Dyniowy Doskonały! Mocna, słodziutka dynia przyprawiona odważnie, ale nie za ostro w korzennym stylu z pomarańczą, która tchnęła w to soczystość. Kompozycja słodka, ale z wytrawniejszym pazurkiem. Niezwykle apetyczna, ale... To, w jakim kierunku to końcowo poszło, podobało mi się mniej niż obezwładniający początek.

9/10