czwartek, 16 kwietnia 2026

wosk Lella Zmora Czeka

Kwiaty dla zmory

Choć w horrorach, a kto wie, czy i nie w rzeczywistości, jest całe mnóstwo zmor, które tylko czyhają, aż się nie domknie drzwi czy okna, albo - o zgrozo! - zaprosi się je, etykietka tego wosku mnie najbardziej kojarzyła się z Miasteczkiem Salem Kinga i anime Shiki. To pozytywne skojarzenia, choć nie jestem wielką fanką ani jednego, ani drugiego. Sama zaś etykieta, choć ładna, nie weszła do moich ulubionych etykiet Lelli. Opisywane nuty wydawały się ładne, ale nie na tyle porywające, bym sama miała kupić ten wosk. Stąd naprawdę bardzo, bardzo się cieszę, że go dostałam od marki Lella w ramach zestawu Halloween. 

Lella Halloween Zmora Czeka to zapach pudru, sandałowca, jaśminu i piżma, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
Elegancka, lekko słodka i pudrowa, choć niepokojąca kompozycja na bazie drewna sandałowego łączy odurzający jaśmin z subtelnym piżmem. Buduje aurę delikatnego napięcia i tajemniczości niczym zmora czająca się za oknem, gdy granica między jawą a snem się zaciera.
Nuty górne: cyklamen, egzotyczne owoce
Nuty środkowe: goździk (kwiat), jaśmin
Nuty dolne: drewno sandałowe, paczula, piżmo


Recenzja

Suchy wosk pachniał słodko i świeżo mnóstwem kwiatów, kwiatków. Do głowy przyszedł mi jaśmin, goździki i kwiaty polne, wsparte bawełną i odrobiną drewna. Drewno świeżo cięte mieszało się z meblami drewnianymi i lekko goryczkowatym akcentem sprayu do drewna i sprayem-dezodorantem męskim. Przez całą tę kwiatowość przewinęło się jeszcze ciepło... ciepło jakie można by poczuć w kwitnącym ogródku, gdzie właśnie wywieszono pranie. W oddali zaznaczył się jeszcze słodko-rześki melon i splot kokosa z jakimiś subtelnymi, niejednoznacznymi owocami. Dosłownie odrobinką owoców.

Z kominka pierwszy rozszedł się duet kwiatów i mydła zapachowego w wariancie kwiatowym. Kosmetyczny, perfumeryjny klimat rozgościł się i pobrzmiewał cały czas, acz władcze zapędy miał tylko na początku. Potem wzbogacił się o bawełnę i świeże pranie, pewną wilgoć i zrobił sporo miejsca kwiatom.

Kwiaty umocniły wilgotnie-rześki, wręcz orzeźwiający motyw. Dominował jaśmin, ale też inne kwiaty, chyba również lilie i goździki, ale nie tylko. Powiedziałabym, że dużo właśnie wilgotnych i doniczkowych (z drobnym akcentem czystej ziemi?), ozdobnych. Z czasem w ich rześkości pojawiło się trochę... owoców? Delikatnych, kwiatowych i egzotycznych, np. pitai, nieoczywistych melonów, gruszek nashi. Wiązały się ze słodyczą - wyraźną, ale także rześką. Całą tą rześkość z czasem urozmaiciło subtelne ciepło, przypominające o perfumeryjnym, kobiecym wątku. Bawełna i pranie zmieniły się w świeże, czyste kaszmirowe, lekkie sweterki i apaszki. Podkreśliło je trochę jakby ciepłego, orientalnego i słodkawego drewna. W pewnej chwili wydawało mi się, że przemyka w nich ledwo uchwytna goryczka, ale koniec końców w sumie nie wiem. Wydaje mi się, że to drewno sandałowe, ale jakby nie tylko. Drewno z echem wanilii i... pudru? Tak czy inaczej w harmonii zeszło się z kwiatami, już nie tak wilgotnie-rześkimi, ale słodkimi. I raczej wstawionymi do wazonów w przytulnym pokoiku.

Suchy wosk pachniał intensywnie, a palony bardzo intensywnie. Jak na kompozycję kwiatową bardzo, bardzo intensywnie. Rozchodził się błyskawicznie i był wyraźnie wyczuwalny nie tylko w pomieszczeniu z kominkiem. Po zgaszeniu podgrzewacza pobrzmiewał wyraźnie jeszcze jakiś czas satysfakcjonująco, ale bez przesady.

Wosk może nie był specjalnie w moich klimatach, ale miał w sobie coś, co mnie kupiło. Może nie na tyle, bym chciała kupić, wracać do niego, ale bardzo cieszę się, że go poznałam. W dodatku trafiło, że wrzuciłam go do kominka, kiedy miałam ochotę na jakąś może i kwiatową, ale nie typową kompozycję. Ta była niby rześka, świeża, ale z pewną ciężkością drewna, perfum i przytulnego pokoju, w którym jest ciepło, mimo że za oknem może być chłodno. To ciekawie urozmaiciło ogrom kwiatów, bawełny, prania.

8/10

środa, 1 kwietnia 2026

wosk Lella Pumpkin Cola

Dynio-Cola

Mimo daty publikacji... nie, to nie żart. Choć połączenie może żartobliwe się wydawać. Gdy zobaczyłam ten wosk, aż się wytrzeszczyłam. Że o zapachu Coca-Coli?! Ble! Nie cierpię takich napojów. Z drugiej strony... jak taki wosk miał by pachnieć? Nie umiałam sobie wyobrazić, więc jednak trochę się zainteresowałam. Acz na pewno nie tak, by kupić. Dobrze więc, że dostałam go w ramach zestawu Halloween od marki Lella. Pomysł na ten zapach wydał mi się zarazem absurdalny, jak i intrygujący. Bałabym się go bardziej (że Coca-Cola jako element jesiennej kompozycji?!), gdybym nie znała już Lella Jesiennego Zefirka. Nie był w moim typie, ale na pewno nie był zły.

Lella Halloween Pumpkin Cola to zapach korzennej dyni i Coca-Coli, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
Najbardziej entuzjastyczna i zaskakująca kompozycja w całym zestawie – słodka, korzenna pieczona dynia spotyka się z musującą energią czarnego napoju z bąbelkami, tworząc zapach tak nieoczekiwany, że od razu poprawia humor! Idealny na imprezę, seans grozy i dla wszystkich tych, którzy traktują Halloween z przymrużeniem oka.
Nuty górne: cytryna, limonka, pomarańcza, dynia pieczona, krem maślany
Nuty środkowe: wiśnia, przyprawy korzenne
Nuty dolne: wanilia, trzcina cukrowa, drzewo gwajakowe


Recenzja

Suchy wosk pachniał głównie dynią pieczoną na słodko, a więc jakimś ciastem dyniowym o lekko karmelowej słodyczy. Pomyślałam o tarcie z gładkim, wilgotnym musem dyniowym na maślanym spodzie. Maślaność, ciastowość umocniła jeszcze odrobinka wanilii, ale ich słodycz wcale nie wyszła ciężko, ze względu na cytrusy kręcące się wokół. Pomarańcza, limonka, cytryna wprowadzały pewną rześkość, choć i goryczkę skórę odnotowałam. Z nimi zaś mieszały się rozgrzewające, prawie ostre przyprawy korzenne, w tym cynamon. Skojarzenie z napojami gazowanymi typu Coca-Cola i Sprite przemykało w tle.

Z kominka najpierw rozeszły się delikatne nuty maślano-słodkawe, coś jakby kwiatowego...? Słodycz nasilała się, idąc w kierunku wanilii i cukru. Do cukru zaraz zaczęła podkradać się soczystość, która po chwili okazała się bardzo złożona i urozmaicona. Na soczystej płaszczyźnie połączyły się dwa kompletnie różne wątki: jeden wilgotnego ciasta dyniowego, tarty dyniowej na maślanym spodzie ze słodkim, rzadko-mazistym wnętrzem z dyni przyprawionej wanilią i przyprawami korzennymi oraz drugi cytrusów, oddających gazowane napoje cytrusowe. W cytrusach dominowała limonka, wsparta pomarańczą i cytryną z drobnym akcentem cierpkich skórek. Wraz z cukrowością przywodziły na myśl Sprite i chyba też Colę. W kwaskawo-przesłodzonej toni owocowych napojów gazowanych przemknęła mi wiśnia... Też jakiś tego typu napój wiśniowo-waniliowy? Wśród przypraw korzennych wyróżniłabym imbir i wręcz goryczkowaty cynamon.

Maślany spód i korzenność z czasem zaczęły przechodzić w neutralniejsze klimaty... jakby orientalne drewno? Dołączyły do nich cierpkawe, drzewne nuty balsamiczne... Trudno do doprecyzowania, ale ogólnie nieco wytrawniejsze, poważniejsze. Pomyślałam o nowych drewnianych mebli, których drewniany aromat w pewnym sensie jest wręcz pikantny. Podkręcił się imbir, który z przypraw utrzymał się w zasadzie chyba sam. Cukrowy motyw musiał mu trochę miejsca ustąpić, ale utrzymywał się cały czas, a pod koniec zrobił się za bardzo duszący.

Suchy wosk pachniał bardzo intensywnie, a w kominku tak intensywnie, że aż siekierowo. Rozchodził się bardzo szybko. Miałam wrażenie, że aż wgryza się w pomieszczenie i że nigdy nie uda mi się go wywietrzyć. Utrzymywał się jeszcze długo po zgaszeniu podgrzewacza: spokojnie do dnia kolejnego. Rano wywietrzyłam i nadal trochę pobrzmiewał.

Wosk był kompletnie nie w moim typie, ale nie męczył mnie jakoś szczególnie. W zasadzie w pewien sposób był nawet ciekawy: to korzenna dynia w niecodziennym towarzystwie limonkowych napojów gazowanych. Acz w głowie siedział mi Sprite, nie Cola. Trochę wanilii, drewna i maślaności połączyły te dwie kompletnie różne bajki. I... z zaskoczeniem uznałam, że nie kłóciło się to wszystko. Przeszkadzała mi jednak pewna ciastowa ciężkość i zdecydowanie za dużo cukru. Uwielbiam siekiery, ale przy tak ciężko-słodko duszącym wydźwięku wolałabym, by zapach się aż tak nie wgryzał w pomieszczenie.

6/10