środa, 13 maja 2026

świeca Yankee Candle Mystical Tarot Card

Ukrytey znaczenie zapach

Choć obecnie trzymam się z daleka od marki Yankee Candle, to od niej zaczęłam przygodę ze świecami i woskami. Lata temu mieli piękne i silne kompozycje, zwieńczone pięknymi etykietkami... A teraz? Zapachy jakieś słabe, nuty niekuszące, a estetyka firmy, wygląd obecnie to kompletnie nie moja estetyka. Z lekkim smutkiem się z nimi pożegnałam i obecnie nie interesuję się asortymentem. Gdy jednak ta świeca pojawiła się w Lidlach, uznałam, że dam jej szansę. Nie jednak dlatego, że to YC, a ze względu na nawiązanie do kart tarota, po które sięgam codziennie i bardzo je lubię.

Yankee Candle Mystical Tarot Card to świeca o zapachu wanilii, skóry, cynamonu, anyżu i lukrecji z owocami, w słoju 122g; użyta też jako wosk w kominku po 13g.

Opis producenta
Magiczne połączenie…zapach skóry przeplata się z aromatem kory cynamonowej i czarnej lukrecji.
Nuty górne: mandarynka, anyż, jabłko
Nuty środkowe: skóra, kora cynamonu, czarna lukrecja
Nuty dolne: mech, ziarna tonka, wanilia


Recenzja

Sucha świeca pachniała bardzo słodko wanilią i drewnem, chyba dokładniej słodkawo orientalnym sandałowcem, ale i starymi, omszałymi drzewami z jakieś uroczej polanki w lesie. Zza sandałowca wychylił się nieoczywisty cynamon. Choć kompozycja obrała właśnie korzenny, ciepły i wręcz przytulny wydźwięk, odnotowałam też trochę anyżowo-lukrecjowo-miętowych akcentów. Słodkie owoce: cytrusy i jabłko duszone z cynamonem zajęły miejsce w oddali. Na poczucie przytulności złożyła się delikatna skóra i zamsz - jakieś szlachetne, mięciutkie ubrania. Kobiece i przesiąknięte wanilią.

Po zapaleniu świecy powoli najpierw rozeszła się z niej jakby cieplusio-milusia słodycz o kobiecym charakterze. Całość miała właśnie przede wszystkim kobiecy, perfumeryjny klimat. To było niczym zawinięcie się w kocyk i zaciągnięcie przytulną atmosferą. Czuć wanilię a także jakby... zamsz? I mięciutkie sweterki. Ciepło i przytulność z czasem podkręciły delikatne przyprawy korzenne, słodki cynamon cejloński, przemycające soczyste akcenty.

Soczystość ta jednak też okazała się bardzo osłodzona, niczym jabłko duszone z mnóstwem wanilii i słodkim cynamonem. Czasem w oddali nieśmiało przemykał słodko cytrusowy, chyba mandarynkowy, akcent. Coraz więcej słodkiego, orientalnego cynamonu zaprosiło trochę drewna... drewna sandałowego? Podtrzymało orientalny, ciepły klimat. Pomyślałam jeszcze o piżmie, skórze i zamszu, a także... czymś jakby słodko-ostrawym... jak anyż, mięta pieprzowa? Acz naprawdę w znikomej ilości. Taka... ziołowo-drewniana świeżość zasugerowała skraj lasu i leśną polankę, gdzie czuć właśnie jakby przytulność mchu, drzew, coś ziołowego. Wszystko to jednak wydawało się podporządkowane wiodącemu motywowi dobrych, szlachetnych kobiecych perfum.

Na sucho świeca pachniała całkiem wyraziście. Nie jakoś siekierowo mocno, ale dawała nadzieję na całkiem wyrazisty zapach. Jak się okazało, potrzebowała sporo czasu, by rozbrzmieć, a nawet gdy już jej się udało, pobrzmiewała sobie leciuteńko. Robiła za nienarzucające się tło, nie wypełniła nawet porządnie całego pokoju. Zapach wydał mi się bardzo nieśmiały, zdecydowanie za delikatny.

Kiedy potraktowałam wosk ze świecy jako wosk zapachowy, a więc wrzuciłam 13 g do kominka z podgrzewaczem, w zasadzie było tak samo a więc pierwsza rozeszła się ciepła słodycz kobiecych perfum, wanilia, sweterki i zamsz, do których potem dołączyły cynamon cejloński, soczystość gdzieś bardzo w tle oraz sandałowiec. Trochę słodkiej ostrości ni ziół, i przypraw, leśne ciepło i leśna świeżość. Wszystko bardzo, bardzo delikatniusie, acz zapach rozchodził się niewątpliwie szybciej. I chyba jednak minimalnie bardziej było go czuć.

Kompozycja w zasadzie była ładna, ale przez swoją delikatność, wydawało mi się, że nie rozwinęła skrzydeł. Perfumeryjny, kobiecy klimat, milusie kocyki i sweterki, sporo wanilii i orientalnych nut sandałowca, cynamonu, trochę jabłek z wanilią i cynamonem, przytulna leśna polanka z mchem, coś ziołowego i drzewnego powinny porządnie rozbrzmieć, mieć okazję zaprezentować się w pełnej krasie... A nie, jakby się bały. Gdyby świeca pachniała mocniej, z łatwością miałaby 8. Tarot... hm, chyba raczej uczucie niepewności, niewiedzy przed samym odwróceniem wyłożonych kart. Taka zbytnia delikatność, nieśmiałość to poważny mankament.

6/10

czwartek, 16 kwietnia 2026

wosk Lella Zmora Czeka

Kwiaty dla zmory

Choć w horrorach, a kto wie, czy i nie w rzeczywistości, jest całe mnóstwo zmor, które tylko czyhają, aż się nie domknie drzwi czy okna, albo - o zgrozo! - zaprosi się je, etykietka tego wosku mnie najbardziej kojarzyła się z Miasteczkiem Salem Kinga i anime Shiki. To pozytywne skojarzenia, choć nie jestem wielką fanką ani jednego, ani drugiego. Sama zaś etykieta, choć ładna, nie weszła do moich ulubionych etykiet Lelli. Opisywane nuty wydawały się ładne, ale nie na tyle porywające, bym sama miała kupić ten wosk. Stąd naprawdę bardzo, bardzo się cieszę, że go dostałam od marki Lella w ramach zestawu Halloween. 

Lella Halloween Zmora Czeka to zapach pudru, sandałowca, jaśminu i piżma, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
Elegancka, lekko słodka i pudrowa, choć niepokojąca kompozycja na bazie drewna sandałowego łączy odurzający jaśmin z subtelnym piżmem. Buduje aurę delikatnego napięcia i tajemniczości niczym zmora czająca się za oknem, gdy granica między jawą a snem się zaciera.
Nuty górne: cyklamen, egzotyczne owoce
Nuty środkowe: goździk (kwiat), jaśmin
Nuty dolne: drewno sandałowe, paczula, piżmo


Recenzja

Suchy wosk pachniał słodko i świeżo mnóstwem kwiatów, kwiatków. Do głowy przyszedł mi jaśmin, goździki i kwiaty polne, wsparte bawełną i odrobiną drewna. Drewno świeżo cięte mieszało się z meblami drewnianymi i lekko goryczkowatym akcentem sprayu do drewna i sprayem-dezodorantem męskim. Przez całą tę kwiatowość przewinęło się jeszcze ciepło... ciepło jakie można by poczuć w kwitnącym ogródku, gdzie właśnie wywieszono pranie. W oddali zaznaczył się jeszcze słodko-rześki melon i splot kokosa z jakimiś subtelnymi, niejednoznacznymi owocami. Dosłownie odrobinką owoców.

Z kominka pierwszy rozszedł się duet kwiatów i mydła zapachowego w wariancie kwiatowym. Kosmetyczny, perfumeryjny klimat rozgościł się i pobrzmiewał cały czas, acz władcze zapędy miał tylko na początku. Potem wzbogacił się o bawełnę i świeże pranie, pewną wilgoć i zrobił sporo miejsca kwiatom.

Kwiaty umocniły wilgotnie-rześki, wręcz orzeźwiający motyw. Dominował jaśmin, ale też inne kwiaty, chyba również lilie i goździki, ale nie tylko. Powiedziałabym, że dużo właśnie wilgotnych i doniczkowych (z drobnym akcentem czystej ziemi?), ozdobnych. Z czasem w ich rześkości pojawiło się trochę... owoców? Delikatnych, kwiatowych i egzotycznych, np. pitai, nieoczywistych melonów, gruszek nashi. Wiązały się ze słodyczą - wyraźną, ale także rześką. Całą tą rześkość z czasem urozmaiciło subtelne ciepło, przypominające o perfumeryjnym, kobiecym wątku. Bawełna i pranie zmieniły się w świeże, czyste kaszmirowe, lekkie sweterki i apaszki. Podkreśliło je trochę jakby ciepłego, orientalnego i słodkawego drewna. W pewnej chwili wydawało mi się, że przemyka w nich ledwo uchwytna goryczka, ale koniec końców w sumie nie wiem. Wydaje mi się, że to drewno sandałowe, ale jakby nie tylko. Drewno z echem wanilii i... pudru? Tak czy inaczej w harmonii zeszło się z kwiatami, już nie tak wilgotnie-rześkimi, ale słodkimi. I raczej wstawionymi do wazonów w przytulnym pokoiku.

Suchy wosk pachniał intensywnie, a palony bardzo intensywnie. Jak na kompozycję kwiatową bardzo, bardzo intensywnie. Rozchodził się błyskawicznie i był wyraźnie wyczuwalny nie tylko w pomieszczeniu z kominkiem. Po zgaszeniu podgrzewacza pobrzmiewał wyraźnie jeszcze jakiś czas satysfakcjonująco, ale bez przesady.

Wosk może nie był specjalnie w moich klimatach, ale miał w sobie coś, co mnie kupiło. Może nie na tyle, bym chciała kupić, wracać do niego, ale bardzo cieszę się, że go poznałam. W dodatku trafiło, że wrzuciłam go do kominka, kiedy miałam ochotę na jakąś może i kwiatową, ale nie typową kompozycję. Ta była niby rześka, świeża, ale z pewną ciężkością drewna, perfum i przytulnego pokoju, w którym jest ciepło, mimo że za oknem może być chłodno. To ciekawie urozmaiciło ogrom kwiatów, bawełny, prania.

8/10

środa, 1 kwietnia 2026

wosk Lella Pumpkin Cola

Dynio-Cola

Mimo daty publikacji... nie, to nie żart. Choć połączenie może żartobliwe się wydawać. Gdy zobaczyłam ten wosk, aż się wytrzeszczyłam. Że o zapachu Coca-Coli?! Ble! Nie cierpię takich napojów. Z drugiej strony... jak taki wosk miał by pachnieć? Nie umiałam sobie wyobrazić, więc jednak trochę się zainteresowałam. Acz na pewno nie tak, by kupić. Dobrze więc, że dostałam go w ramach zestawu Halloween od marki Lella. Pomysł na ten zapach wydał mi się zarazem absurdalny, jak i intrygujący. Bałabym się go bardziej (że Coca-Cola jako element jesiennej kompozycji?!), gdybym nie znała już Lella Jesiennego Zefirka. Nie był w moim typie, ale na pewno nie był zły.

Lella Halloween Pumpkin Cola to zapach korzennej dyni i Coca-Coli, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
Najbardziej entuzjastyczna i zaskakująca kompozycja w całym zestawie – słodka, korzenna pieczona dynia spotyka się z musującą energią czarnego napoju z bąbelkami, tworząc zapach tak nieoczekiwany, że od razu poprawia humor! Idealny na imprezę, seans grozy i dla wszystkich tych, którzy traktują Halloween z przymrużeniem oka.
Nuty górne: cytryna, limonka, pomarańcza, dynia pieczona, krem maślany
Nuty środkowe: wiśnia, przyprawy korzenne
Nuty dolne: wanilia, trzcina cukrowa, drzewo gwajakowe


Recenzja

Suchy wosk pachniał głównie dynią pieczoną na słodko, a więc jakimś ciastem dyniowym o lekko karmelowej słodyczy. Pomyślałam o tarcie z gładkim, wilgotnym musem dyniowym na maślanym spodzie. Maślaność, ciastowość umocniła jeszcze odrobinka wanilii, ale ich słodycz wcale nie wyszła ciężko, ze względu na cytrusy kręcące się wokół. Pomarańcza, limonka, cytryna wprowadzały pewną rześkość, choć i goryczkę skórę odnotowałam. Z nimi zaś mieszały się rozgrzewające, prawie ostre przyprawy korzenne, w tym cynamon. Skojarzenie z napojami gazowanymi typu Coca-Cola i Sprite przemykało w tle.

Z kominka najpierw rozeszły się delikatne nuty maślano-słodkawe, coś jakby kwiatowego...? Słodycz nasilała się, idąc w kierunku wanilii i cukru. Do cukru zaraz zaczęła podkradać się soczystość, która po chwili okazała się bardzo złożona i urozmaicona. Na soczystej płaszczyźnie połączyły się dwa kompletnie różne wątki: jeden wilgotnego ciasta dyniowego, tarty dyniowej na maślanym spodzie ze słodkim, rzadko-mazistym wnętrzem z dyni przyprawionej wanilią i przyprawami korzennymi oraz drugi cytrusów, oddających gazowane napoje cytrusowe. W cytrusach dominowała limonka, wsparta pomarańczą i cytryną z drobnym akcentem cierpkich skórek. Wraz z cukrowością przywodziły na myśl Sprite i chyba też Colę. W kwaskawo-przesłodzonej toni owocowych napojów gazowanych przemknęła mi wiśnia... Też jakiś tego typu napój wiśniowo-waniliowy? Wśród przypraw korzennych wyróżniłabym imbir i wręcz goryczkowaty cynamon.

Maślany spód i korzenność z czasem zaczęły przechodzić w neutralniejsze klimaty... jakby orientalne drewno? Dołączyły do nich cierpkawe, drzewne nuty balsamiczne... Trudno do doprecyzowania, ale ogólnie nieco wytrawniejsze, poważniejsze. Pomyślałam o nowych drewnianych mebli, których drewniany aromat w pewnym sensie jest wręcz pikantny. Podkręcił się imbir, który z przypraw utrzymał się w zasadzie chyba sam. Cukrowy motyw musiał mu trochę miejsca ustąpić, ale utrzymywał się cały czas, a pod koniec zrobił się za bardzo duszący.

Suchy wosk pachniał bardzo intensywnie, a w kominku tak intensywnie, że aż siekierowo. Rozchodził się bardzo szybko. Miałam wrażenie, że aż wgryza się w pomieszczenie i że nigdy nie uda mi się go wywietrzyć. Utrzymywał się jeszcze długo po zgaszeniu podgrzewacza: spokojnie do dnia kolejnego. Rano wywietrzyłam i nadal trochę pobrzmiewał.

Wosk był kompletnie nie w moim typie, ale nie męczył mnie jakoś szczególnie. W zasadzie w pewien sposób był nawet ciekawy: to korzenna dynia w niecodziennym towarzystwie limonkowych napojów gazowanych. Acz w głowie siedział mi Sprite, nie Cola. Trochę wanilii, drewna i maślaności połączyły te dwie kompletnie różne bajki. I... z zaskoczeniem uznałam, że nie kłóciło się to wszystko. Przeszkadzała mi jednak pewna ciastowa ciężkość i zdecydowanie za dużo cukru. Uwielbiam siekiery, ale przy tak ciężko-słodko duszącym wydźwięku wolałabym, by zapach się aż tak nie wgryzał w pomieszczenie.

6/10

czwartek, 12 marca 2026

wosk / świeca Candle-lite Moonlit Starry Night

Lawenda z cytryną w księżycowym cieple
 
Woski nawiązujące do księżyca, pełni i nocy zawsze przykuwają moją uwagę. Etykietkami - owszem, nie będę zaprzeczać, ale też po prostu nutami. Przeważnie bowiem oferują dokładnie te, które potrafią mnie zachwycić i których nigdy nie mam dość. Gwieździste nocne niebo ma w sobie to coś! Zamknięcie go w wosku jakby nie patrzeć daje producentom niezłe pole do popisu. Amerykańskiej marki, mimo że pionierskiej i działającej od jakiś 180 lat, Candle-lite co prawda nie znałam, ale pomyślałam, że warto poznać. Dziś przedstawiany wosk obudził bowiem we mnie nadzieję, że być może trafiłam na coś podobnego do jednego z moich ulubionych zapachów, Yankee Candle A Night Under The Stars.

Candle-lite Moonlit Starry Night to zapach świeżego, nocnego powietrza, lawendy, kwiatów i drzew, u mnie jako wosk sojowy (w opakowaniu 56g, czyli 6 kostek po ok. 9g)

Opis producenta
Podziwiaj nocne niebo rozbłyskujące męską mieszanką skórek cytrusów, lawendy, kwiatów i bogatego mchu ponad zmysłowymi nutami drzewnymi.
Nuty górne: jabłko; aldehydy, czyli świeżość; mięta
Nuty środkowe: lawenda, ozon, konwalia
Nuty dolne: sosna, drzewo sandałowe, bursztyn


Recenzja

Suchy wosk pachniał mocno lawendą, trochę przełamaną innymi kwiatami - nocnymi? Jaśminowcem? Było słodko, ale jednocześnie poważnie i mocarnie. Za tym stało drewno i cytrusowo-goryczkowaty wątek. Skórka cytryny mieszała się z limonką o lekkim kwasku. Przeplótł to leśny mech, wszystko ze sobą spajając. Kompozycja przybrała klimat nieco ostro-przenikliwych w ziołowo-cytrusowy sposób męskich przypraw.

Z kominka pierwszy rozszedł się duet lawendy i cytryny. Obie cechowała rześkość i świeżość. Cytryna połączyła kwasek z goryczką skórki, co stało w harmonii z lekką goryczką lawendy. Ta szła w nieco ciężkawo-ziołowym kierunku, ale nie zapominała o rześkości. Czułam się, jakbym znalazła się nocą na polu lawendy. Normalnie czułam, jak wśród krzaczków lawendy przemyka chłodny wietrzyk, nocne powietrze. Z czasem lawendę wzmocniły drzewa i mech... Ogólnie las z rześkością chłodnej, ale nie zimnej letniej nocy. Chodzi o taki chłód, który wydaje się wręcz zbawienny po upalnym dniu. I właśnie też to wspomnienie gorącego dnia... zaznaczone jako jakby... ciepły, "przytulny" mech? Leśna przytulność? Trochę jak z polanki, na której chciałoby się spać pod gwiazdami.

Myśli o wonnej nocy nasilał słodki jaśmin, plączący się w tle oraz odrobinka chyba mięty. Przypominały lawendzie o nieco bardziej kwiatowym klimacie. Cytryna zaś z czasem też znalazła sobie towarzystwo: soczystej, rześkiej limonki oraz jej nieco bardziej goryczkowatej świeżo startej skórki. Z czasem słodycz rosła za sprawą kwiatów, ale wydawały się coraz bardziej osadzone w nieco perfumeryjnym klimacie. Myślę tu o perfumach męskich, gdzie kwiaty mieszają się z cytrusami i mają pewien specyficzny, poważniejszy, cięższo-wytrawniejszy wydźwięk.

Suchy wosk był średnio silny, zaś w kominku bardzo silny. Jeszcze nie siekierowo, ale wystarczająco i satysfakcjonująco. Potrzebował chwili, ale gdy już rozbrzmiał, był wyczuwalny równomiernie i wyraźnie. Po zgaszeniu świeczki dość długo jeszcze pobrzmiewał, ale nie wgryzał się w pomieszczenie.

Wosk bardzo mi się spodobał. Trafił na listę ulubieńców, pokazując, że czasem sukces tkwi w prostocie. Lawenda i cytrusy, kwiaty w wydaniu męsko perfumowym, przywodzące na myśl rześką, wyczekiwaną letnią noc na polu lawendy z aromatem drzew w tle to po prostu coś wspaniałego. Kompozycja niby prosta, ale tak autentyczna i realistyczna, tak dobrze wyważona, że na pewno nie jak jedna z wielu. Faktycznie, pewne podobieństwa z Yankee Candle A Night Under The Stars wystąpiły.

10/10

czwartek, 26 lutego 2026

wosk Lella Latarnia Morska

Latarnia... w lesie?

Ten wosk bez trudu przyciągnął mój wzrok. Nie tylko jednak przepiękną etykietą, ale też wspomnieniami wszystkich zapachów, nawiązujących do takich klimatów: latarnie morskie, wzburzony ocean, nietowarzyskie plaże. Czytając opis, jeszcze utwierdziłam się, że to jest zapach dla mnie i byłam gotowa go kupić (nawet złożyłam zamówienie), ale zadecydowano, że dostanę go w prezencie od marki Lella.

Lella Latarnia Morska to zapach ozonowej bryzy, cytrusów, ziół i drzew, u mnie jako wosk sojowy (w opakowaniu ok. 66g, czyli 6 kostek po ok. 11g)

Opis producenta
Na krawędzi skalistego wybrzeża samotna latarnia morska rzuca światło na wzburzone fale. Podobnie działa wosk zapachowy Latarnia morska – rozświetlając przestrzeń intensywną, hipnotyzującą kompozycją łączącą błękitne barwy ozonowej bryzy i rześkich cytrusów ze szlachetnymi ziołowo-drzewnymi akordami oraz ciepłym bursztynem zachodzącego słońca. To zapach siły żywiołów z luksusowym charakterem, przywodzący na myśl męskie perfumy z nutą dzikiej natury. Doskonały zarówno dla kobiet ceniących głębokie, morsko-drzewne aromaty, jak i dla mężczyzn szukających zapachu z charakterem.
Nuty górne:  bergamotka, pomarańcza, cytryna, nuty ozonowe/morskie
Nuty środkowe: lawenda, nadmorski jaśmin, fiołek wodny, niebieska szałwia
Nuty dolne: cedr, wetyweria, bursztyn, piżmo


Recenzja

Suchy wosk pachniał intensywnie i bardzo świeżo. Na czele ogromu słodkich, ciężkawych mimo że wilgotnych kwiatów stanęła słodko-goryczkowata lawenda. Pomyślałam o krzaczkach lawendy targanych chłodnym wiatrem. Do głowy pchały mi się też jaśmin i fiołki, ale z echem szałwii. W wietrze krył się motyw morza, trudna do uchwycenia słonawość takowego powietrza, a także zbutwiałe, wyrzucone na brzeg jakiejś dzikiej plaży drewno. Mimo wszystko wydźwięk nie był chłody. Wręcz przeciwnie - czułam w nim ciepło, poniekąd związane z drewnem, ale też... przyprawami? Doszukałam się też akcentu cytrusów rodem z męskich perfum, za którym - jeszcze mniej wyraziście - pobrzmiewało jakby onieśmielone otoczeniem zielone jabłko.

Z kominka pierwsza wypłynęła rześkość - powiedziałabym, że przede wszystkim chłodne, rześkie powietrze przed burzą, kiedy to niebo robi się metalicznie szare, a także kwaskawy, skąpo soczyście-słodki motyw zielonych jabłek. Po chwili jednak zatraciły się w coraz bardziej rześkim, wilgotnym powietrzu i cierpko-świeżych, w porywach kwaskawych ziołach. Zioło-kwiatach.

Z motywu ziół i kwiatów na przód wyrwała się goryczkowata, świeża lawenda. Wilgoć i rześkość wysunęły jej do towarzystwa jaśmin i coś drobnego: fiołki, konwalie. Motyw wilgoci przeszedł w wodę, a ja wyobraziłam sobie dziką plażę, porośniętą pojedynczymi krzewami, ostrymi trawami i z wyrzuconymi pojedynczymi konarami zbutwiałego drewna. Drewna w kolorze szarym. Czasem pojawiała się specyficzna nutka nadmorskiego powietrza, ale zaraz chowała się w bardziej leśnym, iglastym wątku. Jakby tak na jakimś klifie bezpośrednio nad morzem kończył się las. Skojarzenie z iglakami podkreślało trochę łagodnej szałwii (niebieskiej?) oraz cytrusów z pomarańczą na czele. Łączyły kwasek i goryczkę i kojarzyły się z dobrymi, ciężkimi i ostrawymi męskimi perfumami. W nich, mimo całej rześkości i świeżości, odnotowałam namiastkę ciepła. Lawenda, zioła i kwiaty też zapewniały harmonię między świeżością, a odrobinką ciepła właśnie. 

Suchy wosk pachniał intensywnie, w kominku zaś bardzo intensywnie. Szybko uderzył, że wydawało się, że rozbrzmi prawdziwie siekierowo, rozszedł się w miarę równomiernie i to nie tylko w pomieszczeniu z kominkiem, a potem jakby trochę się uspokoił. Wciąż był wyraźny, ale na pewno nie siekierowy. Zanikał po pewnym czasie, acz jego przebłyski czułam jeszcze gdzieniegdzie następnego dnia.

Wosk bardzo mi się podobał, ale choć lubię złożone kompozycje, w tej było już trochę nieco za dużo. Myślałam, że będzie to bardziej "nadmorski" zapach, a tu było trochę morskiego powietrza, owszem, ale mieszającego się ze świeżym powietrzem po prostu. Las i sporo cytrusów też były ładne, ale odległe od wizji latarni morskiej w nieco burzowej scenerii jak z etykietki.

9/10

sobota, 14 lutego 2026

wosk Lella Wieczna miłość

Miłość słaba, ale wieczna

Miłosne klimaty do moich nie należą, acz nie da się ukryć, że czasem te "romantyczne" zapachy zawierają całkiem miłe nuty. Acz przeważnie słodkie. Choć tego wosku bym nie kupiła, wydał mi się obiecujący. Bardzo się więc ucieszyłam, że dostałam go w ramach zestawu Halloween od Lella. Patrząc na szkielety na etykiecie pomyślałam, że może to być słodycz z pazurem... albo raczej z kosteczką. Z myślami przy wybitnym, jednym z moich ukochanych filmów, "Gnijąca Panna Młoda" (bo i z nim tytuł można by skojarzyć), sięgnęłam po wosk krótko przed okresem walentynkowo-luperkaliowym, by opublikować tekst tego szczególnego dnia.

Lella Halloween Wieczna miłość to zapach kwiatu i owocu pomarańczy, miodu, wanilii i przypraw korzennych, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
Wieczna miłość to halloweenowy wosk sojowy słodszy niż przysięga „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Ta oryginalna Para Młoda udowadnia, że prawdziwa miłość przetrwa nawet śmierć – i będzie pachnieć jak raj! Słodki, lekki zapach owocu i kwiatu pomarańczy z miodem, wanilią i odrobiną korzennych przypraw dowodzi, że gdy kochasz kogoś do szpiku kości (dosłownie!), nawet wieczność pachnie jak najpiękniejszy dzień ślubu!
Nuty górne: pomarańcza, miód
Nuty środkowe: kwiat pomarańczy, przyprawy korzenne
Nuty dolne: wanilia, piżmo, drewno cedrowe


Recenzja

Suchy wosk pachniał wyraźnie, choć miał ewidentnie delikatny charakter kobiecych perfum. Sporo jasnych, białych, bladoróżowych kwiatów mieszało się z wanilią oraz jakby motywem milutkich tkanin. Do głowy przyszły mi też zapachowe mydełka, a także ciepłe kocyki, które nakręcała też leciuteńka korzenna słodycz, może echo maślanych ciasteczek i odrobinka jasnego drewna. W drewnie osiadł też subtelny kwasek, sugestia bardzo słodkiej pomarańczy?

Z kominka pierwszy rozszedł się perfumeryjny duet kwiatów i wanilii, do którego doszedł aksamitny motyw mięciutkich tkanin. Pomyślałam o kaszmirowych sweterkach i delikatnych apaszkach oraz szaliczkach dam, ceniących dobre, ale subtelne perfumy. Słodycz rosła w ramach ciepła tego wszystkiego, ale też za sprawą odrobinki miodu. Z czasem jednak ukrył się w kwiatach, które wysunęły się na pierwszy plan. Wśród nich królował jaśmin, ale i inne, w podobnie rześkim klimacie. 
------------
Połączenie tej coraz wyrazistszej świeżości kwiatów i ciepło-milusiego motywu przełożyło się na myśl o łazience, w której jest wilgotno i ciepło, w której właśnie brano gorący prysznic. Słodycz i kwiaty, perfumy poszły w stronę szlachetnych, pachnących mydeł, by nagle... zdobyć się na trochę powagi? Ciepło pokusiło się o prawie pikanterię, po czym zaprosiło leciutką korzenność. Z korzennością przybyła słodka, a zarazem goryczkowata za sprawą skórki, pomarańcza. Zatapiała się w kwiatach, przez co ja wyobraziłam sobie kwiat pomarańczy i kwitnące drzewka pomarańczowe... O właśnie! Czyżbym i trochę drewna się doszukała? Jeszcze dalej, za nim, nieśmiało przemykała mi jakby... ciastkowość? Z odrobinką przypraw, miodem, wanilią... Podanych do jaśminowej herbaty.

Suchy wosk pachniał średnio silnie, ale już on zdradzał, że nie ma co liczyć na siekierę. Wosk w kominku jednak był nawet nie średnio silny, a po prostu delikatny. Rozszedł się szybko i wyraźnie na tyle, by poczuć, że on po prostu ma być łagodny. Nuty przewijały się bowiem dobrze, ale zapach robił po prostu tło. Po zgaszeniu podgrzewacza zaś szybko zniknął.

Zapach był całkiem ładny, ale nie w moim stylu. Zbyt subtelny, ulotny, delikatny i głównie słodki. Sporo kwiatów, perfum, mydełek. Ogół przytulny, trochę wilgotny, trochę ciepły. W zasadzie jak najbardziej mógłby się kojarzyć z wieczną miłością i zjawą w welonie. Z tym, że na pewno wiecznie nie trwał. To taka krótkotrwała wieczność, szybko znikająca po zgaszeniu podgrzewacza. Gdyby nie aż taka delikatność, gdyby był silniejszy, pewnie mogłabym dać nawet 8. A tak... nawet do 7 mam mieszane uczucia, czy to nie za dużo na coś aż tak łagodniusiego (obstawiam, że w dużych pomieszczeniach mogłoby być niewyczuwalne).

7/10

czwartek, 5 lutego 2026

wosk Lella Szybcy i Straszni

Cukrowy rajd

Myślałam, że przyjdzie mi kupić woski Lella - kilka kusiło tak bardzo, że nie mogłam o nich zapomnieć - i choć w ten kliknęłam z nadzieją, bo spodobało mi się ciekawe nawiązanie do serii filmowej (jednak nielubianej przeze mnie) i etykietka, zrezygnowałam z niego. Zbyt słodko-jedzeniowe nuty mnie odstraszyły. Ucieszyłam się więc z otrzymania miniaturki w ramach zestawu Halloween. Tak to mogę testować i mniej moje zapachy!

Lella Halloween Szybcy i Straszni to zapach jabłek, karmelu i wanilii, u mnie jako mini wosk sojowy z zestawu Halloween, ok. 11g; edycja limitowana na jesień 2025.

Opis producenta
W nocnym peletonie duchów na hulajnogach turlają się świeże i pieczone jabłka, oblane karmelem, syropem cukrowym i słodką wanilią. Kompozycja pełna słodkości i zabawy, idealna, by dodać halloweenowej nocy nuty słodyczy i psotnego dreszczyku.
Nuty górne: kremowy karmel, słodkie owoce
Nuty środkowe: soczyste jabłko, syrop cukrowy, pieczone jabłko
Nuty dolne: przyprawy korzenne, wanilia, suszone owoce


Recenzja

Suchy wosk pachniał słodko i soczyście. Kwaskawe, ale nie kwaśne, a czerwone jabłko mieszało się z wanilią i maślano-mlecznymi karmelkami na pierwszym planie. Na dalszym też pojawiło się jabłko, ale bardziej pieczone i doprawione ciepłymi, korzennymi przyprawami. Pomyślałam o kardamonie i cynamonie, a także akcencie ciemnej, palono-gorzkawej i zarazem soczystej czekolady. W niej zaplątała się nuta słodko-kwaskawych rodzynek. Kompozycja miała nieco cukrowe zapędy, ale ogólnie nie była to ciężko-męcząca słodycz. Za to dziwny, kosmetyczny motyw jakby kremu do rąk czy mydła w wariancie "korzenne jabłko" jakoś mnie drażnił (i liczyłam, że w kominku zniknie).

Z kominka pierwsze rozeszły się wanilia i jabłko. Najpierw bardzo wyrównane, choć już po chwili wydawało mi się, że słodkie, soczyste czerwone jabłko wysuwa się lekko na prowadzenie... I nagle to wanilia przyspieszyła i zdobyła pierwszy plan. Dołączył do niej wątek pieczonych ciastek maślanych ze sporą ilością cukru. Po chwili słodka, ciepła mieszanka przywołała jabłka. One również zrobiły się ciepłe: myśli zaczęły krążyć wokół jabłek prażonych i pieczonych z cynamonem, a potem o jabłkach w karmelu.

Palony, gęsto-ciągnący karmel zdawał się zapewniać harmonię między jabłkami a ciastkami maślanymi. Słodycz chyliła się w nieco ciężką stronę, cały czas dominowała na pierwszym planie, acz z czasem w tle, za jabłkami pojawiło się odrobinkę kwasku. Raz po raz przemykały mi chyba rodzynki i inne, niedookreślone suszone owoce. Suszone jabłko? Szczypta przypraw korzennych ze słodkim cynamonem na czele, osłodzonych jeszcze cały czas wyrazistą wanilią, przysłoniła co soczystsze akcenty. Dołączyło do nich troszeczkę drzewa sandałowego, wieńcząc słodko-ciepły wątek. We trójkę, wanilia, cynamon i sandałowiec, pokierowały kompozycję w tulańsno-przytulnym kierunku. W słodyczy zdawało się kryć jeszcze... ciepło ognia? Pomyślałam o jakiejś drewnianej chacie z kominkiem i starodawnym piecem w ciepłej kuchni, gdzie nie żałuje się tych przypraw. Raz po raz jednak... przemykała mi tam denerwująca cukrowość ze sztucznie korzennym echem - korzenna Coca-Cola? Acz tak delikatna, że nie mogłam jej uchwycić.

Suchy wosk pachniał średnio intensywnie, ale trochę groził, że będzie duszny. W kominku jednak też okazał się średnio silny (co przy jego charakterze jest plusem). Rozszedł się dość szybko i równomiernie. Trochę wychodził poza pomieszczenie z kominka, a po zgaszeniu podgrzewacza dość prędko osłabł i w końcu wcale zniknął. Na szczęście jego słodycz nie wgryzła się w pomieszczenie.

Ta kompozycja to nie moja bajka, ale miała naprawdę chwytliwe momenty i wątki. Zwłaszcza z czasem, gdy wanilia mieszała się z cynamonem, maślano-owocowe akcenty przycichły i wkroczyło trochę ciepłego, przytulnego drewna zapach był ładny. Niestety, wcześniejszy ogrom jabłek, maślanych ciastek i cukru, karmel i pieczono-prażone jabłka, końcowa sztuczna korzenna Cola (?) sprawiły, że nie umiałam cieszyć się z tej kompozycji. I taki zapach za nic nie pasuje mi do tej etykiety i tytułu. Kompozycja wydała mi się raczej leniwie-przytulna niż taka... rajdowo-wariacka. Uwierzę jednak, że amatorom jedzeniowo-korzennych wosków podejdzie bardziej niż mnie.

7/10