poniedziałek, 4 stycznia 2021

świeczka (Yankee Candle) WoodWick Humidor

Cygaro cygaru nierówne

Gdy myślę czy mówię o nucie cygar i tytoniu przeważnie mam jedno konkretne wyobrażenie, jednak sięgając po Country Candle Golden Tabacco uzmysłowiłam sobie, że jak ze wszystkim, cygara mogą pewnie przybrać różny klimat. Złoto oznaczało w tym wydaniu słodycz, delikatność... Zaopatrzyłam się więc w coś - jak myślałam - opozycyjnego. "Humidor" już nawet brzmiało dosadniej. Na szybko doczytałam, że to nazwa pudełek z drewna cedrowego, w które są pakowane najlepsze cygara, aby pogłębić ich aromat.

Yankee Candle WoodWick Humidor to świeczka o zapachu pudełka na cygara z drewnianym knotem, który płonąc trzaska jak drewno w kominku; u mnie jako Petite 31 g.

Opis producenta:
Bogata mieszanka liści tytoniu, miękkiego zamszu i kwiatów brzoskwiń.
Nuty górne: zielone rośliny
Nuty środkowe: kwiaty, wanilia, drewno, piżmo, skóra, przyprawy
Nuty dolne: kwiaty, drzewo, wanilia, skóra, piżmo

Recenzja

Wąchając na sucho poczułam się, jakbym zbliżyła nos do drewnianego pudełka / szkatułki, od której aż trochę kręci w nosie. Biło od tego pikantne ciepło wanilii i orientalnych przypraw. To aż zahaczyło o subtelne, kwiatowe perfumy i... właśnie kwiaty. Czułam ich żywe pąki, łodygi, liście. Mimo ciepła i drewna, zapachu suchym raczej bym nie nazwała. Było w nim... wonne życie.

Gdy tylko płomień zaczął trzaskać, świeczka uderzyła zapachem drewna, naciągając na nie słodycz wanilii. Konsekwentnie roztaczała intensywną korę, żywe rośliny, w tym drzewa. Wydały mi się nieco żywiczne. Po chwili znów pomyślałam także o szkatułce stojącej w pokoju, w którym unosi się zapach dobrych, delikatnych perfum. Mieszały się z kwiatami i rześkością roślin. Mignęło mi w tym coś słodko-soczystego, po czym utonęło w kwiatach i żywych liściach.

Liście i drewno niosły orientalne ciepło i więcej słodyczy. Coraz mocniej czułam wanilię, a oczami wyobraźni przyglądałam się jej jasnym kwiatom, które otulały... orientalny bukiet przypraw. Chwilami zahaczał o pikantniejsze perfumy oraz skórzano-drzewne motywy kojarzące mi się z meblami.

Po dłuższym czasie słodycz wanilii i drewna, skóra i kwiaty wydały mi się aż lekko peszące (żeby nie powiedzieć: "przytłaczające"). Zapach sprawiał wrażenie niemal namacalnego, także żywego.

Intensywność oceniam na średnio-mocną; nie siekiera, ale coś wyrazistego na pewno. Utrzymywał się długo, ale niestety też potrzebował sporo czasu by się porządnie po pokoju rozejść. Mimo że swoją obecność prędko zaznaczał.

Ogół uważam za całkiem w porządku, ale bez szału. Trochę mnie nudził - żałuję, że to nie siekiera tnąca sobie przestrzeń bardziej męskim, drzewnym klimatem. Tak to... spod słodyczy niewiele porządnie rozbrzmiało. Efekt trzaskającego knota to w sumie ciekawy bajer, ale do tak spokojnego zapachu jakoś... obeszłabym się bez niego.

6/10

sobota, 2 stycznia 2021

świeczka / wosk Kringle Candle Fig & Fir

Kontrast & harmonia

Uwielbiam ciekawe połączenia w wielu sprawach: czy to w kwestii smaków, gatunków (filmowych / książkowych), stylów, czy... zapachów właśnie. Nie boję się eksperymentować, acz zachowuję przy tym pewną chłodną (huehue) logikę, taką... swoją własną. Wprawdzie zimna nie lubię, ale chłodzące nuty? Owszem. Figi zaś na pewno uwielbiam... jednak jedynie suszone. Tu? Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale miałam ogromną ochotę to odkryć. Sama bowiem nie wpadłabym na skomponowanie takiego zapachu.

Kringle Candle Hot Chocolate Daylight to świeczka o zapachu mroźnej figi, słodkich owoców i drzew iglastych od Kringle Candle Company; u mnie jako Daylight (42 g); także potraktowany jako wosk - w kominku.

Opis producenta:
Nuty mroźnej figi i słodkich zimowych owoców, ozdobione świeżym cedrem, ziemistą paczulą i łagodnym bursztynem.
Nuty górne: kwiaty kiwi, mandarynka, konwalia
Nuty środkowe: plumeria, zielony kokos, orchidea, gruszka
Nuty dolne: bursztyn, piżmo, nektar ananasowy, wanilia

Recenzja

Na sucho zapach był słodko-soczysty i mimo że bardzo kwiatowy, to z powagą, wytrawnością w tle. Ta mieszała soczysty kwasek owoców (w dużej mierze cytrusów) z drzewami, lasem i... konkretnie drzewami iglastymi. Przede wszystkim czułam słodkie mandarynki, może także pomarańcze i egzotyczne, słodko-wodniste owoce (w tym chyba świeże figi), ale wydały mi się nieco uziemione niemal miodowo-kwiatową słodyczą. Nagle pojawiły się ananasy jakby dodatkowo dosłodzone (miodem i wanilią?).
Miodowy wątek, drzewa i... jakby pewna ciepła orzechowość przełożyła się na myśl o owocach suszonych i kokosie. Z czasem odnotowałam waniliowo-karmelowy zarys, a także... perfumeryjną, bliżej nieokreśloną zaleciałość. 

Po rozgrzaniu wosk upuścił miód wielokwiatowy, a więc słodycz i miodu, i... kwiatów. Kwiaty zdawały się kwitnąć, rozkładać przede mną swe białe płatki. Spływała po nich rosa, były soczyste i... owocowe. Polał się sok owoców słodkich i wyrazistych: mandarynek, ananasa i innych słodko-egzotycznych. Wśród nich wyraźnie przewijały się świeże, soczyste figi. Niosły rześkość i pewien chłód. Kwasek cytrusów przywiódł na myśl sosny, ogólnie drzewa iglaste. Dosłownie czułam, jak chłód od nich szczypie! Było w tym coś lekko ziołowo-męskiego, ale trudnego do uchwycenia.
A jednocześnie... miód zapraszał coraz więcej ciepłych nut. Pomyślałam właśnie o "miodowych" suszonych figach, do których raz po raz podkradały się świeże słodko-kwaskawe. Nie brakowało słodyczy jakiś śmietankowych kremów / deserów owocowych i... orzechowych? Orzechów, łupin... kokosa? W pewnym momencie poczułam się, jakby postawiono przede mną słodziutką pina coladę: obok ananasa pojawił się kokos i śmietanka (także jako śmietanka kokosowa?). Przyciągnął on więcej wytrawności drzew, które bliżej końca zaleciały aż delikatnymi, męskimi perfumami... O słodkim wydźwięku. Na koniec wszystko zawiązała wanilia, także w wydaniu ciężkich kwiatów, a przynajmniej harmonizując się z nimi. 

To było jakby... mroźnego, zimowego dnia odwiedzić szelmowskiego dżentlemana, kuszącego tylko co przygotowaną pina coladą, by zostać u niego dłużej i cieszyć się rozgrzewaniem (drinka?), w momencie gdy za oknem aż skrzypi śnieg. W apartamencie porozstawiane musiał mieć kwiaty w wazonach - skubaniec, przygotował i postarał się!

Zapach był intensywny, ale wciągający i intrygujący. Wydał mi się głęboki i wielopłaszczyznowy. Czuć go bardzo szybko od rozgrzania, ale potem rozchodził się już wolniej, jakby pokazując się z różnych stron, co uważam za plus. Dzięki temu też nie przytłaczał.

Zaskoczył mnie ogrom soczystych, egzotycznych owoców i kwiatów. To jednak owoce (głównie ananas) dominowały, kwiaty zaś... stworzyły tło. Słodycz opływała to wszystko, ale że na tym nie koniec, miała się czym zająć i nie wyszła jak taran. Akcenty chłodne, a więc nawet drzew iglastych ciekawie zderzyły się z perfumeryjnym ciepłem. Obrazowe skojarzenie ze śmietankową, zasładzającą pina coladą również dziwnie mi się w tym wydaniu spodobało, mimo że nie jest to połączenie z mojej bajki. Nie spodziewałam się ani takiego efektu, ani że... tak mnie pochłonie.
Zapach nie dość, że bardzo mi się spodobał, to jeszcze wydaje się bardzo niespotykany!
Fif & Fir to... Kontrast & harmonia bez dwóch zdań! Kontrastowa harmonia lub harmonijny kontrast - oksymoron, który... nie jest sprzeczny, ha. Niezwykły zapach.

10/10

czwartek, 31 grudnia 2020

wosk / świeca Goose Creek Teakwood Merlot

Wino bez poczucia winy?

Bardzo lubię wytrawniejsze czerwone wina, aczkolwiek nie pijam ich zbyt wiele. O wiele bardziej lubię czuć nuty wina w czekoladach. Stąd też myśl, że wosk o zapachu wina mógłby być czymś dla mnie. Mogłabym sobie dopełnić winem nie jeden wieczór i to bez poczucia winy (wywołanego wlaniem w siebie procentów!). Nie ukrywam, że liczyłam na wiele... zwłaszcza że i etykietka jakoś do mnie przemówiła. Co więcej, wydała mi się pasować na Sylwestra (którego w sumie i tak w żaden sposób nie świętuję, ale cii).

Goose Creek Teakwood Merlot to zapach wina dojrzewającego w drewnianych beczkach, u mnie jako wosk (59g).

Opis producenta:
Stary i sekretny, rodzinny przepis na szklankę idealnej, słodkie herbaty cytrynowej.
Nuty górne: paryski merlot, winne czarne winogrona
Nuty bazowe: beczka wina, kardamon, rozmaryn
Nuty dolne: drewno tekowe, mech dębowy, mahoń


Recenzja

Na sucho wosk uderzył soczyście-słodkawą mocą owoców: porzeczek i wiśni, o wyraźnie alkoholowo-winnym charakterze. Zrobił to, umiejętnie przeplatając trochę wręcz dżemowo-konfiturowe owoce z przyprawami. Czułam gorzkawy kardamon o drzewnym, beczkowym podszyciu. To niesamowicie nakręciło wytrawniejszy klimat czerwonego wina, w którym to poczułam także niemal czarne, chrupkie winogrona i czarne porzeczki, jeżyny... Jakby nasączające drewno.

Po rozgrzaniu wosk konsekwentnie roztaczał ogrom słodko-cierpkich owoców, a więc miękkich wiśni, jeżyn. Wydały mi się aż nieco przejrzałe, słodko-gnilne. Dołączyła do nich odrobina cierpkiego kwasku czarnych porzeczek. Kojarzyły mi się trochę z sokiem z nich, trochę ogólnie dżemikowo-kompotowo (przy czym zdarzyło im się zalecieć drobną mydlanością), dzięki czemu nieco rozgrzewały.

Rozgrzewały też alkoholowością. Otóż owoce bardzo szybko zaczęły przejawiać winne skłonności, by po chwili dosłownie stać się słodkawym czerwonym winem, niestety z takim... łagodząco-mydlanym (pudrowym?) elementem. Winu pomogły jednak pikantnawe, ciepłe przyprawy takie jak kardamon i inne gorzkawo-korzenne. W pewnym momencie zapach wydał mi się nawet nieco pieprzny.

Przyprawy zaprosiły wyraziste beczki, drewno. W wyobraźni przeniosłam się do chłodnej piwnicy zacnej winiarni, gdzie widziałam ciemne beczki skrywające równie ciemny, smakowicie owocowy płyn. Wino wydawało się charakterne, o beczkowo-drewnianym podszyciu, ale cały czas też rześko owocowe. Orzeźwienie, słodycz i soczystość w dużej mierze napędzały winogrona, które rozkręciły się dopiero z czasem. Odmiany... może jakiejś fioletowej... Po chwili zasypały ją winogrona niemal czarne, bardzo ciemne i charakterne, cudownie mieszające się z wiśniami i porzeczko-jeżynami. Po dłuższym czasie bardziej przemieszały się z lekką goryczką drewna.

Intensywność zapachu, jak na Goose Creek, wydaje mi się średnia, ale i tak była satysfakcjonująco wyrazista i dosadna. Nie męczyła. Rozchodziła się szybko i długo utrzymywała się.

Całość podobała mi się, jednak nie tak w pełni. Doszukałam się paru nut stojących na drodze do rozkoszy jak np. ta mydlaność. Z kolei wydźwięk wolałabym bardziej uderzająco alkoholowy, taki... mocniejszy, winny, niż chwilami aż słodziutko owocowy. To zestawienie wyszło przyjemnie i tak, że z chęcią po jakiś bardziej męczących dniach, wieczorem wrzucę do kominka.

7/10

środa, 30 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Warm Woolen Mittens

Test białej rękawiczki

Nigdy nie miałam pieca czy wełnianych rękawiczek, ale na szczęście od dziecka mam bardzo bujną wyobraźnię. Nigdy więc nie sprawiało mi kłopotów wyobrażanie sobie czy to scenerii, czy uczuć / wrażeń / sytuacji. Mało tego! W odniesieniu do najróżniejszych cały czas właściwie do głowy przychodzą mi rozmaite skojarzenia. Gdy jednak patrzyłam na etykietę tej świeczki, nie umiałam powiedzieć (i nawet nie próbowałam), w jakim kierunku może pójść. Własne wyobrażenie o ciepłych wełnianych rękawiczkach to jedno, ale wyobrazić sobie, jak je widzi jakiś producent? To już sprawa niełatwa.

Yankee Candle Warm Woolen Mittens to świeczka oddająca zapach ciepłych, wełnianych rękawiczek, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta:
Przytulny zapach świeżo wypranych wełnianych rękawiczek suszących się przy ciepłym piecu. Poczuj lekkie nuty cytrusów, jabłka i lilii osadzone na piżmowej bazie.

Recenzja

Na sucho poczułam odrobinkę przypraw korzennych, kryjących się wśród kwiatów i kwiatowych perfum... Perfum może nieco babcinych, słodko-ciężkawych (dusznych?)... Wszystkim tym to jakby... jakieś swetry (może rzeczywiście także rękawiczki) były nasiąknięte. Za nimi zaś, w słodkiej strefie, odnotowałam subtelną słodycz owoców.

Po rozgrzaniu wosk roztoczył słodkawo-kwiatowy, perfumeryjny zapach, rozgrzewający nieco odrobinką przypraw. Poczułam się, jakbym wtulała się w czysty sweter w... babcinej kuchni. Słodkawość nieco wzrosła, mieszając się z przyprawami korzennymi - słodkim cynamon? W kuchni tej unosił się bowiem aromat... szarlotki / jabłecznika. Na pewno słodko-cynamonowych, pieczonych jabłek. Może trochę ciastowych. Doszukałam się odrobinki kwasku, co jednak też wtapiało się w ciepło i słodycz.

Perfumeryjne kwiaty z czasem zmieniały się właśnie w bardziej kwiaty po prostu, jednak wciąż wydawało mi się to w pewien sposób babcine i ciepłe. Jakby tymi kwiatami mocno nasiąkły ubrania i tak, jakby to te nasiąknięte ubrania wąchać. Z czasem owoce, ciastowa soczystość jedynie pobrzmiewały epizodycznie.

O ile na sucho zapach jest bardzo intensywny, tak po ogrzaniu... zdecydował się na wariant raczej wyważony. Owszem, intensywny, ale jakby rozmyty pod względem przejrzystości. Rozchodził się w średnim tempie, unosił się, umykał, unosił i potem już jedynie pobrzmiewał. Moc jak dla mnie średnia - by po paru chwilach znów go poczuć, musiałam wyjść i wrócić do pokoju.

Moje sumienie bez problemu zdałoby test białej rękawiczki po słowach, że to bardzo przyjemny, kwiatowo-ciepły, słodki i pozytywnie babciny zapach. Taki "wspomnieniowy", milusi, ale nie przesadnie. Zapach ładny, dobrze oddający etykietkę i nazwę, ale jak dla mnie trochę za nieśmiały.

7/10

poniedziałek, 28 grudnia 2020

wosk Kringle Candle Cocoa

Kakaowa bomba

Kocham czekoladę - zwłaszcza ciemną plantacyjną, do której używa się kakao z konkretnej plantacji z określonego kraju. Im więcej kakao, tym lepiej. Mimo to nie jestem fanką chrupania ziaren kakao czy jego kawałków (nibsów) samych w sobie. Do kakao w proszku nic nie mam, choć używam sporadycznie (np. do jogurtu), nie lubię jednak, gdy zapychają nim czekolady-tabliczki, sztucznie podbijając % kakao. A zapach w woskowym wydaniu? Postanowiłam sprawdzić!

Kringle Candle Cocoa Wax Melt to wosk o zapachu kakao od Kringle Candle Company; u mnie jako wosk (35 g).


Recenzja

Wosk wąchany na sucho nie urzekł mnie, ponieważ zaserwował mi raczej tłuszcz kakaowy (inaczej zwany "masłem kakaowym") niż mocne, głębokie kakao. Lekko gorzkawo-słodki, naturalnie "orzechowawy". Wydał mi się wzbogacony o wanilię i dziwną budyniowość. 

Po rozgrzaniu konsekwentnie roznosił zapach delikatny, maślano-kakaowy i pozbawiony gorzkości.
Czuć raczej tłuszcz kakaowy, niż miazgę, co zaczęło się zmieniać w "kosmetyczne kakao". Niezbyt naturalne, łagodnie gorzkawe, pseudoczekoladowe i plastikowe.

Po pewnym czasie zapach zaczęłam postrzegać jako plastikowo-czekoladowy, rozmyty, nieco budyniowo-mleczny... Może ze słodyczą wanilii? Na pewno w sztucznym i karykaturalnym kontekście. Zahaczył o rzygowinowość i wyroby czekoladopodobne. Ogólna słodycz rosła, co przywołało skojarzenie z chemicznym "słodkim kakałko" w proszku dla dzieci. Nijakie, rozmyte, odrzucające.

Zapach jest intensywny, rozchodzi się szybko i wręcz uderza, po czym trwa stabilnie i długo. Aż mdli. Szybko nabrałam ochoty, by zgasić podgrzewacz, a mieszkanie wywietrzyć.

Zapach płaski i sztuczny, wręcz obrzydliwy. Niby oddaje tytułowy smak, ale w odpychający, nieprzyjemny sposób. Wydaje mi się jeszcze gorszy od Kringle Candle Hot Chocolate.
Ten zapach to bomba... szkoda, że nie w sensie: "bombowo fajny", a bomba rażąca i śmiercionośna, okrutna.

2/10

sobota, 26 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Brown Paper Packages

Opakowanie? Ważne wnętrze!

Niejednokrotnie słyszy się, by nie oceniać książki po okładce, człowieka po wyglądzie, a w przypadku prezentów i... w sumie wszystkiego, nie powinno liczyć się opakowanie, a wnętrze. To fakt. Wprawdzie nie mam żadnych wspomnień związanych z prezentami pakowanymi w brązowy papier... Mam to szczęście, że kojarzę już tylko ładne, kolorowe, acz... klimat chyba potrafię sobie wyobrazić. Chyba. A może nie? W każdym razie o zapachu od YC wiedziałam tyle, że to ponoć wracająca limitka, którą ludzie się zachwycają. Czegoż to miałam się dowąchać? Co kryła przede mną folia?

Yankee Candle Brown Paper Packages to świeczka o brązowego papieru, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Odkryj magię świątecznych prezentów owiniętych w tradycyjny, brązowy papier i poczuj ciepłą, pudrową kompozycję z lekko ostrą nutą.
Nuty górne: talk, aldehydy, cytrusy, migdały
Nuty środkowe: proszkowy talk, pelargonia
Nuty dolne: talk

Recenzja

Zbliżając się do świeczki na sucho poczułam... ciepło. Jakbym przeglądała / czytała stare książki, a w tle unosił się zapach papieru, pergaminu, trochę przysypany talkiem. To leciutka, delikatna korzenność, coś niedoprecyzowanego, przypudrowanego i... orzechowego? Miałam wrażenie, jakbym wąchała korzenno-miętową herbatę.

Po rozgrzaniu wosk zaserwował mi jeszcze więcej ciepłej, słodkiej herbaty miętowej z przyprawami korzennymi. Anyż? Goździki? Stały wbrew swemu chłodzącemu wydźwiękowi za pewnym... rozgrzewaniem. Takim nieoczywistym i kojarzącym się ze starymi książkami, papierem wyciągniętym z ciemnej szafy. W słodyczy doszukałam się pewnej rześkości acz takiej... perfumeryjnej. 

Z czasem do głowy znów przyszły mi książki. Stare, nowe... różne. Książki na pewno, takie ciepło-papierowe, jak i zadrukowane... talkowe? Do głowy przyszedł mi jakiś krem (do rąk, Nivea etc.). To z kolei znów przypomniało o perfumach... trochę kwiatowych? Kwiatowo-rześkich i aż soczystych? Delikatny cytrus z goryczką gdzieś tam pod korzennościami i papierem rzeczywiście chyba pomykał.

Zapach jest mocny i wyrazisty, ale nie siekierowy. Rozchodzi się w miarę szybko i trwa nieprzerwanie dość długo, by po zgaszeniu płomienia ulotnić się dość szybko. Dobrze wyczuwalny, przy czym wydaje mi się głęboki, niejednostajny.

Kompozycję uważam za nieoczywistą, ale satysfakcjonująco obrazową. Działa na wyobraźnię i dobrze oddaje etykietkę / tytuł.  Tworzy w głowie miłe obrazy herbaty, papieru, książek, doprawionych delikatnymi korzeniami i perfumami. Ładny, jednak nie zapałałam do niego nadzwyczajną miłością.

7/10

piątek, 25 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Singing Carols

Piękne nuty niekoniecznie kolęd

Obce jest mi kolędowanie i... w ogóle zimowe chrześcijańskie świętowanie, bo jestem ateistką. Niemniej, nie ukrywam, że niektóre kolędy czy świąteczne melodie potrafią być w tym okresie czasu w miarę miłe, przyjemne dla ucha. I taak, pisze to osoba słuchająca metalu. A jednak obok "kolędowego zapachu" przeszłabym obojętnie, gdyby nie... nuty, jakie obiecał producent. Po prostu wydały mi się wszystkim, co uwielbiam w jednym worku. Mikołajowym worku? Oj, miałam nadzieję, że będą w nim dla mnie same cudowności... w końcu byłam grzeczna!

Yankee Candle Singing Carols to świeczka o zapachu owoców, przypraw i drzew iglastych, oddający klimat kolędowania, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Harmonijna kombinacja owoców, przypraw i zielonych nut świątecznego drzewka, inspirowana świątecznymi melodiami.
Nuty górne: mandarynka, eukaliptus
Nuty środkowe: igły jodły, jałowiec, goździki
Nuty dolne: jeżyny, drzewo cedrowe, sosna

Recenzja

Na sucho świeczka pachniała słodko i soczyście - powiedziałabym, że miętą i słodziutkimi cytrusami. Przewodziły delikatne mandarynki, za którymi były inne, aż trochę landrynkowe pomarańczowe owoce. Mięta wnosiła słodki chłodek i podkreśliła naturalność kompozycji odrobinką ziołowości; to też trochę suszonych kwiatów z charakterem... nieco korzennym, ale nie ostrym. Zarysowało się to na bezkresnej, świeżej rześkości, przywodzącej na myśl chłodne powietrze i drzewa iglaste.

Po rozgrzaniu zapach nie zmienił się gdy chodzi o delikatną, uroczą słodycz. Leniwie roztoczył chłodnawą słodycz, kojarzącą się z miętą i rześkim powietrzem. Pojawiły się delikatne, suszone kwiaty i odrobinka ciepłych przypraw, konsekwentnie skłaniających się ku chłodnawej słodyczy. 

Ze słodkiej rześkości z czasem wyłoniły się lekkie owoce. Poczułam się, jakbym obierała dojrzałe i soczyste mandarynki. Mandarynki chwilami robiły niepewne aluzje do landrynek, ale... zapach jednak na to nie przystał. Kompozycja przybrała na soczystości, a ja poczułam niemal muląco słodkie, lekko cierpkawe jeżyny. Słodkie, acz z leciutko goryczkowatym akcentem, do którego przyłączyły się też skórki cytrusów... Te przywołały charakterniejszą, drzewną nutę, zahaczającą o dobre, męskie perfumy.

Rześkie powietrze i słodki chłodek ciekawie podporządkowały sobie lekki kwasek. Wciąż w głowie siedziały mi słodkie cytrusy, a zaraz... jakbym przeniosła się do lasu iglastego. Kwaskawa woń igliwia wyszła na przód; czułam sporo drzew, jednak wciąż kompozycja nie wyzbyła się słodyczy. Ta umocniła się w kontekście subtelnych męskich perfum. Z czasem drzewa zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę, jakby ustanawiając stabilną bazę dla drobniejszych akcentów, w tym chłodno-słodkiej mięty, korzenności. Podkreśliły ziołowość (czyżbym odnotowała jałowcową mgiełkę?). Drzewa i drewno dodały całości charakteru i powagi.

Zapach na sucho wydaje się raczej łagodny, po ogrzaniu rozchodzi się szybko, ale niestety równie szybko się ulatnia. Dynamiczny i wyrazisty, ale jednak ogólnie... tworzący przytulny klimat, bez szarży czy uderzenia którąś z nut. Nie ukrywam, że tego mi trochę brakowało, bo lubię bezkompromisowe siekiery.

Zapach zaskoczył mnie tym, jak piękny się okazał. Mięta otulająca słodziuteńkie, soczyste owoce (mandarynki i jeżyny), ziołowym motywem splatająca się z zimowym chłodem i drzewami iglastymi / ogólnie drewnem wydała mi się zniewalająca. Odrobinka korzenności, nieprzytłaczająca słodycz... zapach, w którym można się zatracić. Osobiście żałuję tylko, że w gruncie rzeczy był dość delikatny: wyraźny, ale... nie siekiera, a taki tworzący klimat. Wolę siekiery, ale... ten i tak mnie zachwycił. Na wydźwięk to 10, lecz niesatysfakcjonująca moc pozostawiła niedosyt.
Muszę przyznać, że... zapach miał w sobie coś z klimatycznego, poważnego i rodzinnego kolędowania, tak sądzę. 

9/10