czwartek, 11 lutego 2021

wosk / świeca Woodbridge Over the Rainbow

 Zapachowy garniec złota na końcu tęczy

Gdy zastanowię się, jak mogłaby pachnieć tęcza, wiele nut przychodzi mi na myśl, jednak nie mam jednego, konkretnego wyobrażenia. W ciemno, patrząc na etykietkę, nuty i znając tylko jeden zapach tej marki, nie kupiłabym takiego wariantu, jednak z ochotą skorzystałam z możliwości kupna kostki. Jakiś czas temu bowiem dostałam gratis etykietkę (bo zbieram, aczkolwiek te wąchanych) i... pobrzmiewała czymś dość obiecującym.

Woodbridge Over the Rainbow to wosk / świeca o zapachu oddającym tęczę, u mnie jako wosk-kostka; opakowanie zawiera 68 gramów (8 kostek).

Opis producenta
Delikatna tęcza na świetlistym niebie.
Nuty górne: bergamotka, mandarynka, pomarańcza, neroli
Nuty środkowe: kwiat pomarańczy, lilia wodna, dzika róża
Nuty dolne: drewno tekowe, orchidea


Recenzja

Na sucho przywitało mnie intensywne połączenie kwiatów pod przewodnictwem jasnych róż, konwalii, dzwoneczków i innych raczej delikatnych, a wonnych oraz męskich perfum z odrobinką pikanterii i słodyczy cytrusów. Wydało mi się to wkomponowane w herbatę... Jakby to była herbata z kwiatami i bergamotką (earl grey?), nutą... pomarańczy? A może to kwiaty tychże?

Po rozgrzaniu wosk rozpoczął od roztoczenia po pokoju słodkich i delikatnych białych kwiatów, które utworzyły tło. Klimat był wonny, wilgotny, ale w pewien sposób ciężkawy. Delikatność jasnych kwiatów mieszała się z wodą, zawilgoceniem... Pomyślałam o kwiatach wodnych, liliach, nenufarach i...

...kwitnących drzewkach cytrusowych? Rześkość wzrosła w soczystym, słodko-kwaskawym kontekście. Pojawiły się słodkie pomarańcze, dojrzewające w słońcu i z lekko goryczkowatą skórką. Podkreśliło ją drewno. Pomyślałam o czarnej herbacie earl grey, a więc z bergamotką, ale też kwiatami. Drzewne motywy przytoczyły bardziej męsko perfumową woń. Słodycz wzrastała epizodycznie i zdarzyło jej się zahaczyć o łazienkową (jak ręczniki, mydła, balsamy do kąpieli).

Kwiatowość również te męskie perfumy lekko podchwyciła, ale także perfumowość ogólną. Uziemiona drewnem, a jednak słodka i wilgotna skojarzyła mi się z różami... tylko że nie takimi typowymi, a bardziej owocowymi. Dzika róża wzbogacona o kwaskawe owoce? Znów osiadło to w wilgoci, a więc soczystości owoców słodko-kwaskawych i... w kwiatach aż ciężkich od rosy.

Moc zapachu uważam za bardzo dobrą. Mimo zwiewnego, rześkiego klimatu, była to niezła siekiera już na sucho. Rozchodziło się to w średnim tempie, ale za to trwało długo, choć po paru godzinach już tylko pobrzmiewało. Ani przez moment nie przytłaczało, mimo pewnej ciężkości-dosadności. Było rześkie.

Całość może nie była w pełni w moim stylu, ale wydźwięk miała interesujący, a zestawienie nut wydaje mi się niespotykane. I bardzo w tym ładne! Bardzo, bardzo, słodki kwiatowy zapach, a jednak męski. Na pewno świetnie oddaje etykietkę i tytuł. Cóż, można też stwierdzić, że to zapachowy odpowiednik garnca złota z końca tęczy.

8/10

wtorek, 9 lutego 2021

wosk / świeca Goose Creek Chocolate Cookie Dough Bites

Werdykt równie surowy, co ciastka?

Nie jem słodyczy innych niż czekolada, czasem ewentualnie lody czy masło orzechowe, i muszę przyznać, że akurat w cookie dough, a więc ciasteczkowe zakalce można się wciągnąć (np. w lodach). Ogólnie ciast nie lubię, ale... jakbym już jakieś miała jeść, zakalec byłby mile widziany. Jako dziecko zaś zdarzyło mi się podjadać ojcu surową masę na ciastka, więc... zapach siłą rzeczy mnie zainteresował. I także dlatego, że miałam okazję wybrać coś, czego sama bym nie kupiła, bo mogłam wybrać cokolwiek w zamian za to, że okazało się, iż nie ma jednak na stanie świeczki Kringle, na której bardzo mi zależało. Stąd padło na zapach interesujący, ale na tyle drogi, że w ciemno bym sama całego nie kupiła. Cieszę się w końcu z takiego bardzo miłego załatwienia sprawy.

Goose Creek Cookie Dought Bites to masy na ciasteczka z czekoladą, u mnie jako wosk (59g).

Opis producenta
Jeśli nie możesz powstrzymać się przed podjadaniem ich na surowo, lepiej jak najmocniej podgrzej piekarnik. Poczucie winy bowiem rośnie wraz z rozchodzącym się zapachem masy na ciasteczka z czekoladą.
Nuty górne: ciepła masa na ciasteczka, kawałki czekolady
Nuty bazowe: topiące się masło, kryształki cukru
Nuty dolne: wanilia, czekoladowa masa ("swirl")


Recenzja

Nie musiałam otwierać opakowania, by poczuć waniliową słodycz i sztucznie czekoladową nutę. Pobrzmiewał w tym cukier, choć i zapachu maślanej masy na ciasteczka lub ciasto rzeczywiście można się doszukać. Wąchając na sucho jednak czułam dosłownie zapach budki z lodami, lodów z niej. Waniliowe, śmietankowe i czekoladowe w wilgotniejącym, nieco kartonowym waflu, który to odegrał wielką rolę. Było to niskobudżetowe, na pewno nie spełnienie marzeń, ale coś odpychającego też nie.

Po ogrzaniu zapach wydał mi się mocno maślany, a że także słodki niemal cukrowo, to... przypominający toffi. Słodkie, słodziuteńko-cukrowe toffi albo... z czasem raczej lody o takim smaku z zawilgoconym waflem. To też lody na gałkę waniliowe, czekoladowe... A może i ciastka waniliowe, czekoladowe? Niby-czekolada pojawiła się po pewnym czasie i w końcu przybrała na znaczeniu. Potem... odlegle rzeczywiście pojawiło się skojarzenie z masą na ciastka albo... ciastkami piekącymi się. Poczułam - oprócz maślaności - duszno waniliowy wątek... typowy dla słodyczy "o smaku waniliowym" (nie prawdziwej wanilii). Ułożyło się to końcowo w waniliowe ciastka maślane.

Zapach jest bardzo intensywny, ale nie przytłaczający, gdy o moc chodzi. Nie był sztuczny, ale raczej... tanio jedzeniowy. Ciężki i dosadny w niepozytywnym sensie.

Wosk w zasadzie pachniał wypisanymi przez producenta nutami, ale zabrakło mu uroku i smakowitości tytułowego cookie dough. Czy bardzo kojarzył się z zakalcem / cookie dough? Nie jestem pewna, ale nie upieram się... Było to słodkie, "słodyczowe", ale niezbyt apetyczne i nie jest to coś, co chciałabym wąchać. Ogólnie to mocny średniak; może po prostu nie w moim stylu.

5/10

niedziela, 7 lutego 2021

wosk Yankee Candle Kilimanjaro Stars

Gwiazda wśród górskich zapachów?

Od dziecka, a dokładniej od poznania tekstu jednej z piosenek z Króla Lwa, jakoś ciepło myślę o Kilimandżaro. Potem miłość do gór, czekolad (bardzo lubię te z kakao z Tanzanii), jakoś myślowo-uczuciowo mnie z tą górą - najwyższą w Afryce - związało. W ogóle lubię Afrykę, jej obce klimaty. Nie wiem o niej za wiele, jednak z chęcią to zmienię. Na razie jednak, zanim zaopatrzę się kiedyś w porządnąliteraturę itp., wosk musi mi wystarczyć.

Yankee Candle Kilimanjaro Stars to zapach górskiego powietrza z nutą mięty i paczuli, oddający klimat gwiazd nad Kilimanjaro; u mnie jako wosk 22 g.

Opis producenta
Poczuj się jakbyś stał o zmroku  na szczycie pokrytym lodem.
Nuty górne: klementynka, nuty wodne, górska bryza
Nuty środkowe: eukaliptus, jałowiec, mięta
Nuty dolne: paczula, sosna

Recenzja

Na sucho poczułam słodycz dobrych, męskich perfum i ciepło, kojarzące się z wieczorem i rozgrzanym jeszcze piaskiem. Dosłownie czuć już także chłodniejszy powiew - nasilała się rześkość, za którą stały nuty ziół oraz żywych kwiatów. Trochę drzew pilnowało, by nie zrobiło się za słodko, dodając zapachowi pewnej powagi; może pikanterii?

Po ogrzaniu się wosku słodycz weszła wśród drzewa. Chwilowo lekko ciepła, zaczęła oddalać się na rzecz pikantniejszych ziół i nieco męskiej, kolońskiej nuty. Wyobraziłam sobie wonne rośliny rzucające cień; rosnące gęsto, że aż niedopuszczające światła do... wonnych roślin, krzewów wznoszących się nad żyzną ziemię.

Wniosły odrobinę goryczki... Ziół i kwiatów? Wróciła słodycz, z czasem bardziej kwiatowa i ziołowo-miętowa. Pomyślałam o jakiś drobnych białych, dzikich kwiatach przyzwyczajonych do surowszych warunków. Kwiatach bez dwóch zdań porastających górskie stoki. Chyliły się trochę w perfumeryjnym, ciężkawym kierunku... jak dobre perfumy... kobiece? Kobiece, ale udające męskie? Bo na pewno nie czysto męskie.
Wyłapałam w nich sugestię owoców... albo raczej jakby "owocową ziołowość" np. trawy cytrynowej.

Tonęły jednak w słodkiej i nieco ostrawej roślinności, rześkości powietrza. Wspomnienie ciepła spotykało się z powiewem chłodu. Jakby tak... rozgrzane policzki muskał wietrzyk.

Intensywność wosku uważam za satysfakcjonującą. Rozchodzi się dość szybko, nie uderza, ale czuć go wyraźnie. Szybko się jednak ulatnia.

Całość wydaje się ładna, ale bez polotu. Trochę słodka, trochę ziołowo-rześka, wyważona i uniwersalna. Całkiem poważna, a jednak (niestety) nie siekiera. Brakowało mi głębi i jakiegoś bardziej intrygującego elementu.

7/10

piątek, 5 lutego 2021

świeczka / wosk Village Candle Brownie Delight

Czekoladowa rozkosz?

Jestem typem nieciastowym. Czekoladę jednak kocham nad życie, stąd akurat naprawdę dobrze zrobione brownie raz na długi okres czasu akurat mogę zjeść. Zwłaszcza, gdy jest czekoladowo-kakaowe do potęgi. Kupując tę świeczkę liczyłam, że ona tak będzie pachnieć, jednak zanim się za nią zabrałam, trafiłam na tyle paskud, że zdążyłam obrzydzić sobie czekoladowe świeczki / woski. Do kominka kawałek wrzuciłam w zasadzie z rezygnacją, ale jak już był kupiony... Nadzieja tliła się we mnie jeszcze słabiej, niż płomyk w najgorszym podgrzewaczu.

Village Candle Brownie Delight to świeczka o zapachu ciasta czekoladowego brownie, u mnie jako votive / sampler 61 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Nuty zapachowe: masło, brązowy cukier, ciemna czekolada i wanilia

Recenzja

Zbliżywszy się do opakowania zarejestrowałam niezbyt przyjemny, ale i nie napastliwy, mocno słodki zapach. W dużej mierze waniliowy, ocierał się o sztuczną, sugestywną czekoladę. Gdy wąchałam wyjęty z folii wosk uważniej, plastikowa czekolada i "słodyczowa maślaność" jako dość mdlący splot wysunęły się na przód.
W paleniu wosk kontynuował sztuczną, trochę męczącą czekoladowość. Była słodka, ale nie do bólu zasładzająca. Mimo to, trochę ulepkowo-plastikowa i tania, tandetna. Na tym jednak nie koniec, bo od czekoladowości odchodził ciastowo-maślany wątek. Ten też stonowany gdy o słodycz chodzi.

Po pewnym czasie odnotowałam lekką goryczkę o rzygowinowym zacięciu, co znów uwypukliło taniość "czekolady", potem jednak przeszło to w bardziej truflowo-kawowy akord. Chwilami, gdy opływała to słodkawa ciastowość... wychodziło to w miarę na prosto, rzeczywiście zahaczając o przeciętne ciasto czekoladowe z nutką wanilii (czy raczej cukru waniliowego?). 

Wosk na sucho nie był zbyt intensywny, w trakcie palenia moc wyszła średnio mocno, więc w tym sensie to przeciętniak. Nie napastował, choć był wyraźny  - o tyle dobrze. 

Całość wyszła znośnie. Nie do końca naturalnie i smakowicie, ale też nie muląco słodko czy porażająco sztucznie. Słodkie, ale nie obrzydliwie, ciasto raczej ciemnoczekoladowe, które zrobiono, oszczędzając na składnikach - to właśnie to. Mimo że wosk mnie nie zachwycił, to chyba i tak jeden z lepszych zapachów czekoladowych, z jakimi miałam do czynienia.

6/10

środa, 3 lutego 2021

wosk Prodige Accord Celeste / Cloud Melody

Smoła w kotle czy niebiańska woń w kominku?

Nie znam marki Prodige i, jeśli mam być szczera, specjalnie mnie ona nie ciekawiła. Dopiero gratis, który dostałam, sprawił, że sprawdziłam, cóż to. Otóż marka prosto z Paryża serwuje własne, złożone kompozycje aromatyczne. Co do otrzymanego zapachu - sama nigdy bym go nie wybrała, bo niebiańskie klimaty nie są zbytnio moje (a i kolor mi jakoś nie leży, haha), ale jak popatrzyłam na opis, jakoś lepiej o wosku tym pomyślałam.

Prodige Accord Celeste / Cloud Melody to zapach owoców i czekoladek, mający oddawać "niebiańską melodię"; u mnie jako wosk kostka ok. 4,5 g (w opakowaniu jest 40,5 g).

Opis producenta
Kompozycja łączy nuty drzewne ze słodkimi z różnych zakątków: najpierw ponętna paczula z Azji stonowana orzechowymi pralinami i głęboką wanilią prosto z Afryki. Tło uzupełniają nuty owocowe okraszone europejską ciemną czekoladą.
Nuty górne: bergamotka, czerwone owoce, mandarynka
Nuty bazowe: praliny, brzoskwinia, morela
Nuty dolne: paczula, wanilia, ciemna czekolada

Recenzja

Wosk już na sucho zafundował mi sporo nieco perfumeryjnej słodyczy kwiatów i roślin aż ciężkich od wody, zawilgoconych, ale też słodyczy soczystej. Lekki charakterek podrasowała goryczka (skórki cytrusów?), związana z soczystością. Świetnie pasowała do żółtych owoców (może w nieco dżemowym wydaniu?). Dodatkowo dosłodziła je wanilia (stąd znów myśl o dżemie). Splot zacisnęła poważniejsza, nawet ziemiście czekoladowo-herbaciana nutka. Była w tym pozytywna ciężkość.

Z kominka wosk wciąż roztaczał mnóstwo słodyczy z wanilią na czele. Oprócz wanilii-przyprawy do głowy przyszły mi także kwiaty wanilii. Te przywołały obraz kwiaciarni, w której rośliny, kwiaty wydają się wyjątkowo zawilgocone. Czuć tę wilgoć, świeżość, nawet pewną ciężkość. Poprzez nią rozchodziły się kobiece, naturalne perfumy jakby z esencji z tychże kwiatów. 

Z czasem wanilia wydobyła zza nich czekoladę. Wpierw pomyślałam o słodkiej, mlecznej, a zaraz o nadziewanych czekoladkach. Przewinęły się w nich słodziutkie brzoskwinie / nektarynki i morele - wszystkie najpierw trochę przemieszane, niejednoznaczne; jako słodkie dżemy, kremy... Nagle oczami wyobraźni zobaczyłam jasny, różowy krem (mleczny?). Wszystko to jako nadzienia czekoladek lub... składowa jakiejś herbaty / naparu?

Poczułam wciąż lekko roślinny, nieco goryczkowaty motyw. Herbata, napar - to by było to. Zarejestrowałam leciutką goryczkę. Do głowy przyszła mi ziemia, kakao... napar w tym wariancie? Jakby tak z nimi i z wanilią zaparzyć herbatę ciemną, acz z lekko owocowo-kwaskawą nutą. Może hibiskusowo-malinową? Dzięki niej kompozycja przejawiała rześkość i nie męczyła. Przemknęła tu też raz po raz skórka cytrusów. Czekoladki zmieniły się w waniliową gorącą czekoladę o owocowej nucie. Zupełnie jak prezent (kwiaty i czekoladki) dla wyperfumowanej damy, z którą to wyskoczyło się na coś gorącego.

Na sucho wosk pachniał delikatnie, nie zapowiadał się na wysoce intensywny. Przy paleniu jednak rozszedł się błyskawicznie i trochę zaskoczył, bo okazał się mocny, jednak nie siekierowo. Nie uderzał, nie przytłaczał, a wyraźny był. Jest to więc plus, choć ja osobiście wolałabym, by był dosadniejszy i głębszy.

Całość podobała mi się, choć wielkiego wrażenia nie wywarła. Moc średnia, a zapach ładny, harmonijny, ale brakowało mu "tego czegoś". Kwiaty, wanilia, czekoladkowość wzbogacone o lekki charakterek, soczystość to splot ładny, ale jeszcze nie wszystko. Trochę nieokreślony, bardzo namieszany, ale jakby bez dynamiki. Taki, żeby sobie po prostu pachniał w tle. Muszę jednak zaznaczyć, że rzadko się trafia tak niesztucznie czekoladowy zapach!

7/10

poniedziałek, 1 lutego 2021

wosk Yankee Candle Mountain Lodge

Wymarzony domek w górach?

Kocham góry i gdy pomyślę o drewnianej chatce wśród nich właśnie, mimo woli się uśmiecham. Wprawdzie jestem mieszczuchem i wiem, że nie mogłabym tak mieszkać, jednak domek letniskowy z prawdziwych, drewnianych bali? To byłoby coś! A tak... liczyłam, że chociaż powąchać coś takiego będę mogła.

Yankee Candle Mountain Lodge to zapach drewnianej chatki w górach; u mnie jako wosk 22 g.

Opis producenta
Luksusowy wypoczynek przy przytulnym cieple paleniska z nutami drewna cedrowego i szałwii.
Nuty górne: ozon, żywe / rześkie cytrusy
Nuty środkowe: zielone zioła, szałwia
Nuty dolne: drewno cedrowe, paczula, mech

Recenzja

Wosk na sucho pachniał drzewem, płynem do golenia, słodkawo-ziołowymi męskimi perfumami mieszającymi się z kobiecymi ziołowo-kwiatowymi i... dezodorantem? Jakimś takim... nieładem? Ubraniami rzuconymi na stertę zamiast do prania, ale też pewnym ciepłem. Zapach kawalerki, której nie wietrzono przez chłodną i nieprzyjemną pogodę za oknem - o! 

Po rozgrzaniu najpierw rozeszła się rześkość nieco chłodnego powietrza, zmieniająca się z czasem w rześkość ogólną. Wyłapałam odrobinę cytrusów, ale w sumie nawet nie kwasek... taki leciutki motyw, prawie kwasek nieuchwytny i wtapiający się w zioła. Odważniejsza była może gorzkawa cytrusowa skórka... też jednak niezbyt jednoznaczna. Powiedziałabym, że wnikająca w otoczenie...

A także w delikatny motyw drewna. Wydało mi się goryczkowato-słodkawe. Zakręciła się przy nim odrobinka perfum... również goryczkowato-słodkawych, męskich, ale jakby odległych. Z czasem kompozycja aż trochę nimi zagroziła, że zaraz przytłoczy... Oczami wyobraźni widziałam ciężki stos męskich ubrań, nasiąkniętych perfumami i dezodorantami. Ich słodka ziołowość mieszała się... z wyobrażeniem ubrań przesiąkniętych świeżym powietrzem, stąd jedynie groźba przytłoczenia. Chwilami wydało mi się to nieco duszne, trochę... "niewietrzone", przepocone (?). Perfumy i zioła miały też lżejsze momenty. Wtedy myślałam o bardziej kobiecych, trochę kwiatowych...

I żywszych? Znów i drewno wydało mi się żywsze, bardziej... drzewne? Czułam się trochę jak w lesie na początku górskiego szlaku z towarzyszem płci przeciwnej i bardzo ciężkim plecakiem na plecach. Czy może właśnie była to chatka w górach takowego jegomościa? Po dłuższym czasie goryczki ułożyły się w czarną ziemię. Była to ziemia nieco brudna, ale głęboka i intrygująca.

Wosk na sucho był średnio intensywny, po rozgrzaniu zaś prawie średnio intensywny. Chwilami jedynie pobrzmiewał w tle, choć szybko zaczynał być "do wyłapania". Rozchodził się na pokój tak, że był wyczuwalny mocno przy wchodzeniu / wychodzeniu z niego. Tak to jedynie echo...

Całość prawie podobała mi się, gdy o nuty chodzi. Takie połączenie drewna, męskich perfum poprzez słodkawo-goryczkowate zioła wyszło przyjemnie, a duszność i rześkość świeżego powietrza kontrastowością aż intrygowała, jednak były i zgrzyty ("zaduch"). Nie podobała mi się też ta (nie)moc. Ulotność, niejednoznaczność - bez tego bym się obeszła. A jednak wosk zużyję pewnie cały (kiedyś tam). A mogło być tak pięknie... nadzieja związana z nutami runęła jak domek z kart.

7/10

sobota, 30 stycznia 2021

kadzidełka Elements Desert Dragon (Smok Pustynny) Sandalwood

Pustynny gorąc w sercu przy przypał

 Wydaje mi się, że czasem trudno jest pewne odczucia czy skojarzenia opisać tak, gdy 1:1 zrozumiał je ktoś inny. Pewne wyobrażenia są przecież już w jakiś sposób nacechowane emocjonalnie w naszej podświadomości. Drewno sandałowe wydaje mi się "słodkim, ciepłym drzewem", jednak jak się nad tym zastanowię, takie określenie czegokolwiek... Nie mówi wiele. Jednak liczy sięto, że lubię ten zapach. I, to może dziwne, ale... wcale nie dla niego kupiłam te kadzidełka. Albo nie głównie dla niego. Większym motywatorem było bowiem opakowanie ze smokiem. Tak, mam do nich słabość. Mówi się, by nie oceniać książki po okładce, ale... tu miałam nadzieję, że zapach odda opakowanie.

Elements Incense Desert Dragon (Smok Pustynny) Sandalwood to kadzidełko o zapachu drzewa sandałowego, z linii Anne Stokes "Age of Dragon" w ramach współpracy z firmą Elements; u mnie w formie kadzidełek stożkowych, których w opakowaniu jest 15.


Recenzja

Na sucho kadzidełko zapachniało mi słodkim drzewem w wydaniu kadzidlanym. Pomyślałam o wiklinowych koszach porozstawianych na suchym piasku jakiś pustynnych regionów świata... Wiklina... drewno gdzieś leżało też jeszcze żywe, do plecenia. Biło od tego ciepło, słońce i orientalna korzenność.
Czyżbym wyłapała słodki cynamon i kwitnące drzewa? To było... ciepło-słodkie, niby rześkie, a jednak jakby spowite dymem, jakby... kwiaty aż ciążyły. Kojarzyło mi się trochę z kwiatowo-sakralną wonią.

Dym roztoczył po pokoju ciepło-drzewną, wysoce słodką woń. Była nieco żywiczna, nieco korzenna. 
Mignęła mi jakimś... sokiem z drzew, leciutką cierpkością... Jednak przypraw? Pomyślałam o pustynnym, orientalnym klimacie. Oczami wyobraźni zobaczyłam stosy świeżej wikliny, z której ktoś wyplatał kosze. To też ogółem drzewo jasne, nie tylko wiklina. Także właśnie sandałowe, z lekką goryczką... jakby aż oleistą? Przyprawowo pikantną? Mimo słodyczy, z poważniejszym wykończeniem na pewno.

Moc zapachu uważam za odpowiednią, bo od razu wyraźnie wszystko czuć, a mimo ciepłego wydźwięku, niemal gorąca i ostrości, nie było w tym ni odrobiny duszącego aspektu.

To splot żywego, miękkiego wręcz drewna ze słodko-orientalnymi przyprawami w tonach drzewno-kadzidlanych; wydaje mi się, że walory drzewa sandałowego bardzo dobrze tu czuć.
W całości większych wad się nie doszukałam, acz więcej ciepła i kadzidlanej przyprawowości niż słodkiego drewna troszeczkę mnie rozczarował. Muszę jednak przyznać, że zapach genialnie pasuje do etykietki i... tytułu, czyli pustynnego smoka. Problem w tym, że po prostu jakoś nie chwycił. Ot, po prostu jakoś tam ciepło sobie to pachnie.

7/10