poniedziałek, 18 stycznia 2021

kadzidełka Kamini Gothic Rose

Róża na gn... cmentarzysku

Uwielbiam zapach róż, ale warto przy tym zaznaczyć, gdy przybierają charakter mroczniejszy, a mniej np. kobiecy, romantyczny. Cmentarne, ciężkie, kwiaciarniowe - to jest to, co cenię najbardziej. Gotycki styl mi do tego pasuje, a co więcej pasuje do mojej osobowości, choć sama w tym stylu za często sięnie ubieram. Kadzidełka o takim zapachu, w dodatku z księżycem w pełni na kartoniku, wydawały się wręcz stworzone dla mnie.

Kamini Gothic Rose to zapach "gotyckiej róży", wykonany na bazie mieszanki sproszkowanego drewna, żywic i olejków eterycznych; u mnie w formie naturalnych kadzidełek patyczkowych, których w opakowaniu jest 10 (15g).



Recenzja

Wyjęte z opakowania kadzidełko już na sucho pachniało wyraźnie ciężkimi, jakby zawilgoconymi płatkami róż. Wyobraziłam sobie ciemną, chłodno-wilgotną kwiaciarnię pełną róż. Były ciężkie i nieco podszyte ostrawymi, charakternymi przyprawami korzennymi. Za nimi kryły się... znicze. Płonące, wygasłe i jeszcze niepodpalone - do wyboru, do koloru!

Po rozpaleniu kadzidełko uderzyło nieco właśnie korzenno-drzewną nutką. Dym i kadzidlana nuta mignęły... po czym zasugerowały suszone płatki róż. Te jednak nie zabawiły zbyt długo na pierwszym planie, bo obok pojawiły się róże jako kwiaty śwież...sze. Ciężkie, wonne. Zawilgocone i nieco przegniłe... Aż nieco w tym słodkawe. Wyobraziłam sobie ciemną, wilgotną kwiaciarnię, do której mało kto zagląda. Róże w niej wyszły tak... ziemiście cmentarnie. Niektóre niczym zmieszane z czarną, wilgotną ziemią, inne podsuszone... Ciężkie, lekko kościelne... i z nutą kadzidła (takiego, które kojarzy mi się z mszą; moim wyobrażeniem o niej). Był w tym uzależniający chłód i ciężko-różany, aż kręcący w nosie element. W tle doszukałam się nutki tlących się zniczy, stojących wieczorem na cmentarzu i dogasających już.

Kadzidełko spalało się średnio szybko, jak na mój gust za szybko. Dymiło się mocno, dzięki czemu zapach błyskawicznie się rozchodził. A miało co się rozchodzić - cudo intensywnie siekierowe.

Zapach okazał się przecudowny. To róże w wydaniu mrocznym i dosadnym, takim... kadzidlano-zawilgoconym, cmentarnym. Zakochałam się.

10/10

sobota, 16 stycznia 2021

świeczka / wosk Village Candle Rio Carnival

Niech karnawał trwa!

Uwielbiam motywy karnawału w sztuce, twórczości, ale sama karnawałowa zabawa nie jest specjalnie w moim stylu. Jestem raczej typem "nudziary" i dobrze mi z tym.
Fenomenu tego w Rio poniekąd nie rozumiem tak na swój użytek, ale w sumie... nie dziwi mnie, że ludzie potrzebują i czegoś takiego. Gdybym jednak stanęła przed zadaniem stworzenia jego zapachu... na pewno nie poszłabym w kierunku nut wypisanych przez producenta. Te jednak, ich zestawienie, bardzo mi się spodobało, więc wystarczy dodać do tego piękną etykietkę i proszę bardzo - kupiłam natychmiast, jak tylko ją zobaczyłam w sklepie online.

Village Candle Rio Carnival to zapach oddający zapach karnawału w Rio, u mnie jako votive / sampler 61 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Nuty zapachowe: świeża bryza morska, biała lilia, róża z dodatkiem piwonii, drzewo tekanowe i sandałowe

Recenzja

Na sucho świeczka pachniała mnóstwem kwiatów jasnych, słodkawych i ciężkawych, takich... wilgotnych - pokrytych rosą? Z chłodnej i zawilgoconej kwiaciarni? Czułam również kwiaty w wydaniu bardziej perfumowym oraz po prostu subtelne perfumy męskie, podrasowane charakterem drzew (chyba nieco orientalnych) i rześką mgiełką. Trochę zahaczało o skojarzenie z wiatrem od wody, niosącym kwiatowość właśnie. Słonawym wietrzykiem?
Po rozgrzaniu wosk roztoczył po pokoju chłodnawy powiew, a oczami wyobraźni zobaczyłam kwiaty poruszane przez wietrzyk, który się wśród nie wemknął. Zapach wydał mi się nieco męski, koloński, ale też zakrawający o ten... wiatr od morza?

Był coraz mocniejszy, porywistszy i pobudził ich woń. Odważnie odezwały się kwiaty: ciężko-słodkie, jakby wilgotne od późnej pory i może jakieś wodne? Pomyślałam o nenufarach, ale też liliach i... różach? Zrobiło się aż ogrodowo-dusznie.

Mnóstwo kwiatów zeszło się z charakterem męskich perfum. Pomyślałam też o słonawym drewnie wyrzuconym na brzeg i... drewnie ogółem. Może słodkawo-kadzidlanym? Jakby obok ciężkich kwiatów pojawił się ciężki dym? Z czasem jakby wmieszał się w perfumeryjnie-orientalnych tony i mnóstwo kwiatów o wielkich pąkach.

Zapach był dość intensywny, ale nie siekierowy. Rozchodzenie się wprawdzie trochę trwa, ale potem już jest wyraźnie wyczuwalny i utrzymuje długo, ani przez sekundę nie męcząc.

Zapach rzeczywiście wydawał się nieść klimat wielobarwnego, roztańczonego tłumu przystrojonego w kwiaty i pióra. Który kroczy wśród "dymu" aromatów i barw, późnym wieczorem i... bawi się szampańsko. Kuszące, wonne kadzidła i odrobinka orientu, seksowne perfumy... wszystko to dosłownie kłębiło się w swej ciężkości, a chłodno-rześki wietrzyk chwilami przecinał, by zabawa mogła trwać w najlepsze jak najdłużej. Piękne to i niespotykane. Jeśli tak pachnie karnawał, jak dla mnie może trwać i trwać!

10/10

czwartek, 14 stycznia 2021

wosk / świeca Goose Creek Sweet Tea

Cud nad szklanką i kominkiem

O ile uwielbiam herbaty ciepłe (głównie liściaste), tak mrożonych / butelkowanych nie lubię. Kiedyś, gdy były nowością, a więc w czasach mojej podstawówki / gimnazjum zdarzało mi się jakieś pić, ale to nie moja bajka. W ogóle nie lubię słodkiego picia, stąd i tym zapachem się zupełnie nie interesowałam. Dostałam jednak gratis i... trochę się zdziwiłam. Odkryłam, że pić mogę nie lubić, ale wąchać?

Goose Creek Sweet Tea to zapach cytrynowej herbaty, u mnie jako wosk, którego dostałam kawałek jako próbkę-gratis (a normalnie występujący w opakowaniu 59g).

Opis producenta:
Stary i sekretny, rodzinny przepis na szklankę idealnej, słodkie herbaty cytrynowej.
Nuty górne: liście herbaty, ciepły miód
Nuty bazowe: nektar brzoskwiniowy, lekka róża
Nuty dolne: musujący grejpfrut, skórka cytryny


Recenzja

Na sucho wosk pachniał intensywnie i soczyście kwaśną cytryną, która to miesza się z rześką, delikatną słodyczą i herbatą. Dokładnie w tej kolejności. Nutka czarnej herbaty była łagodna i pierwszym robiła jedynie za tło. 

Po rozgrzaniu wciąż prowadziła kwaśna, soczysta cytryna niczym sok płynący z bardzo soczystego owocu. Płynęła tak prosto do szklanki herbaty. Wyraźnie czułam leciutką gorzkawość herbaty czarnej. Pojawiła się obok niej słodka, soczysta brzoskwinia / nektarynka. Przemieszała się nieco ze skórką cytrynową i... odrobinkę ziołową miętą? Ta wpisała się w rześkość. Całość była niczym mrożona herbata pita upalnego dnia. Orzeźwiała. Była słodkawa, ale nieprzesadnie, a częściowo naturalnie, miętowo. Słodycz ogólnie wydawała się osadzona w naturze: też w owocach... chwilami mignęła mi odrobinka miodu... potem jednak niknęła w słodyczy owoców i herbacianych tonach.

Zapach już na sucho odznacza się wysoką intensywnością. Wystarczy malutka ilość, by po ogrzaniu rozszedł się szybko i trwał bardzo długo, nie przytłaczając, a porządnie orzeźwiając. Pozytywna, lekka siekiera.

To zdecydowanie bardzo cytrynowa, soczysta i rześka herbata, ale ewidentnie herbata, nie zaś np. lemoniada. Łagodna słodycz ukoronowała kompozycję, w dużej mierze płynąc też z owoców. No i stał się cud nad... kominkiem? Bo na pewno nie szklanką czy Wisłą - słodka herbata o której myślę... ciepło. Fakt, że mrożona, ale obudziła ciepłe uczucia.

9/10

wtorek, 12 stycznia 2021

kadzidło Prema Angelus

Anielska woń?

Część dzieciństwa, którą spędziłam na polu z przyjaciółką, wiążę z... kościołem. Jestem wprawdzie z rodziny ateistycznej, jednak z nią lubiłyśmy chodzić na scholę śpiewać, udawałyśmy, że zgłaszamy się do procesji itp. Było to dla nas dziwną rozrywką, a do tego np. ja wykorzystywałam każdą okazję, by nawąchać się kadzidła. Nie umiem nie uśmiechać się na tę myśl. Nawet odróżniałam poszczególne zapachy! Ciekawiło mnie, co też w tamtym kościele palili, ale nigdy się pewnie nie dowiem. "Uroczystości" brzmiało wzniośle, nazwa trochę mnie śmieszyła, ale już fakt sproszkowania żywic ciekawił czysto technicznie: jak przełoży się to na spalanie / dyniemie?

Prema Angelus to kadzidło żywiczne proszkowe "na uroczystości".

Opis producenta:
Aromat mocno słodki, intensywny, bardzo zapadający w pamięć. Kadzidło często stosowane podczas szczególnych uroczystości.

Recenzja

Na sucho kadzidło pachniało delikatnie, głównie słodko, ale z odrobiną pikanterii w tle. Skojarzyło mi się z drewnianymi meblami, a konkretniej lekko zakurzoną drewnianą szafką, na którą padają jakby ciężkie promienie słońca.

W paleniu kadzidło potwierdziło swą słodycz nasyconą pikanterią. Poczułam motyw drzewa jak z zakładu stolarskiego i specyficzną nutkę typowo kościelnego kadzidła. Pomyślałam o budynku małym i drewnianym, przytulnym... w którego wnętrzu tańczą promienie słońca.
Skojarzenie z drewnianą szafką jeszcze się nasiliło. Było w tym coś ciężko-dusznego. Kurzowy motyw wyzierał z wnętrza mebla, samo drewno bowiem wydawało się czyste. Tylko co wyczyszczone (acz powierzchownie?) i aż lśniące od ciepła promieni słonecznych. Te rozgrzewały znacząco w bardzo przytulnym sensie. Słodycz uderzyła, zatańczyła ze słońcem, po czym opadła. Ciepło, leciutka ostrość dosłownie otulały.

Kadzidło dymi się dość mocno i bardzo szybko, ale nie jakoś bardzo. Spala się szybko, przez co jest mało wydajne.

Angelus to woń słodka i drzewna, ciepła, ale nie ostra i nie przytłaczająca. Uwielbiam zapach kościelnych kadzideł, a i drewno kocham, jednak to... nie do końca spełniło moje oczekiwania. To połączenie było... jakieś dziwne, bardzo meblowo-drzewne. Chyba za mało było mi tu bardziej zdecydowania w odniesieniu do kościelnej kadzidlaności. I jednak mała wydajność to duży minus.

9/10

niedziela, 10 stycznia 2021

świeczka / wosk Yankee Candle Cracking Wood Fire

Kominek jest? Jest!

Nie chciałabym mieszkać w domu, więc nigdy o kominku nie marzyłam, ale strasznie podobają mi się różne wizje siedzenia przy kominku. Podobnie i z ogniskiem. Nie uczestniczyłam w zbyt wielu, ale wyobrażenie takiego czegoś wydaje się fajne. Tak czasem, dla właśnie klimatu. To jednak tylko w wyobraźni... Kominek na szczęście (i to nie jeden) mam!... taki do wosków znaczy się. Miałam nadzieję, że on, wraz z dobrze wykonanym zapachem (bo dlaczego miałabym wątpić w YC?) da mi chociaż możliwość powąchania (bo raczej nie usłyszenia) trzaskającego drewna...

Yankee Candle Cracking Wood Fire to świeczka o zapachu drewna trzaskającego w ogniu, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Wspomnienia zim spędzanych przy płonącym drewnie cedrowym, dopełnione słodkimi nutami gałki muszkatołowej i ciepłego bursztynu.
Nuty górne: gałka muszkatołowa, mirra, cynamon
Nuty środkowe: wanilia, bursztyn
Nuty dolne: drewno sandałowe, drewno cedrowe, dym, kadzidło

Recenzja

Na sucho zapach był wyrazisty i oddawał słodkawe, lekko przyprawione ciepłe mleko pite przy kominku, w którym tańczy ogień. Przewinęła się wanilia i coś kadzidlanego, podrasowane nutą kojarzącą się z męskimi perfumami. W tle czułam praniowo-kocykowe nuty, a w oddali zarejestrowałam także coś chłodniejszego - może pomieszczenie było jakiś czas temu wietrzone? Taki... wieczorny chłód, nie dotykający mnie jednak.

Po rozgrzaniu po pokoju rozeszła się waniliowo-perfumeryjna słodycz o charakterze nieco cięższym. Podkreśliła ją odrobinka goryczkowatych przypraw korzennych: gałki muszkatołowej i cynamonu...? Mieszały się z wanilią, a ja pomyślałam o cieple bijącym od "ucywilizowanego" ognia.

Słodycz przeszła w bardziej kadzidlany, dymny i ciężkawy motyw. Wyobraziłam sobie słodkie mleko z dużą ilością wanilii, może miodem. Słodycz mieszała się z drzewami poprzez pewną żywiczność, dym i kadzidła. Z czasem wyraźnie czułam drewno. Palone i wzbogacone o goryczkę, ciepłe, ale też... żywsze i niemal zawilgocone? Było w tym coś przytulnego - znów jakbym się w jakiś świeżo pachnący, wyprany koc wtulała... Bo za tym wszystkim kryła się i świeżość. Coś wskazywało, że to wieczór, że robi się coraz chłodniej... Znów wróciła myśl o drewnie nieco wilgotniejszym... A jednak główna uwaga skupiała się na słodko-drzewnym cieple. Może to nie mleko, a cukrowe pianki typu marshmallow, któe już się szykują do pieczenia? Rzeczywiście... jakbym znalazła się nagle przy ognisku w lesie.

Intensywność zapachu na sucho bardzo mi odpowiadała, jednak po rozgrzaniu wydawała się bez życia. Otulała i rozgrzewała, nie przytłaczała i... aż brakowało jej charakteru, mocy. Świeczka zaprezentowała wyraźnie pewne nuty, trzymające się dość długo, ale czegoś mi brak.

Zapach w sumie był w porządku, ale wyszedł dość nudno. Głównie słodki, łagodnie drzewny... Owszem, ciepły, ale nie kojarzył się tak bardzo z płonącym drewnem... Słodycz może umiejętnie przepleciona i ciepłem, i chłodem, ale między nami nie zaiskrzyło.

7/10

piątek, 8 stycznia 2021

świeczka / wosk Village Candle Cinnamon Bun

Cynamonowo wkręcona?

W życiu zjadłam może dwie czy trzy cynamonowe bułeczki typu cinnamon roll (w tym jedną znanego Cinnabon) i powiem tak: jako ciekawostka nie w moim stylu (nie lubię słodkich bułek; bułek w ogóle, a ze słodyczy jem tylko czekolady), jako jakaś dziwo-nowość, na tamten czas bardzo mi smakowały, ale po nasyceniu się tym tworem wiedziałam, że nie będę chciała znów tego zjeść. Nie zmieniło się jedno. Mianowicie to, że ich zapach wydaje mi się atrakcyjny. Taki... wciągający (wkręcający?).

Village Candle Cinnamon Bun to zapach cynamonowych bułeczek, u mnie jako votive / sampler 61 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Wcześnie rano w ulubionej piekarni. Uwodzicielski, ostry zapach cynamonu dosłownie wybiega na zewnątrz. Jako głodny klient pragniesz zdobyć je póki są jeszcze ciepłe - najlepsze, puszyste cynamonowe bułeczki, które pachną dokładnie jak ta świeczka.
Nuty zapachowe: cynamon, gałka muszkatołowa i kardamon z nutą wanilii oraz klonu

Recenzja

Na sucho w pierwszej chwili świeczka wywołała u mnie grymas na twarzy, bo zaleciała wyraźnie cynamonem, ale trochę sztucznym (przywodzącym na myśl colę). Zaraz jednak jakoś się to rozeszło; okazał się mocny (ale już przyjemniej) i słodki. Zapach całościowo cechowała słodycz, nasilona przez bardzo obrazowy motyw wilgotnych, lepkich od czegoś słodkiego (lukru? jakiegoś sosu cynamonowego?) tłustych bułeczek. Wydźwięk ewidentnie ciastowy, całkiem niezły, acz znajdujący się jedynie na graniczy smakowitości (mogło różnie się rozwinąć). Zarejestrowałam też niemal cytrusową soczystość, która trochę mi się z resztą gryzła.

Po ogrzaniu świeczka konsekwentnie roztaczała wokół słodycz, w tym z lekkim opóźnieniem słodką korzenność z cynamonem na czele, ale też z odrobinką goryczko-pikanterii kardamonu czy gałki muszkatołowej. Zaraz korzenność niemal zalały słodko-tłuste, ciastowe nuty.

Ciastowość, która dość szybko rozgościła się na dobre, cechowała maślaność i słodycz - w wyobraźni powstał obraz tłustej, miękko-kapciowatej bułeczki lepkiej od... czegoś cukrowego. Wydało mi się to słodko-duszne, jak jakaś dziwna mieszanka cukru, lukru... i niespecjalnie autentycznej wanilii? Przeplatało się to z cynamonem, który chwilami też szedł w sztuczność (przypominającą colę). Odlegle kojarzyło się to z cinnamon rolls / buns (czy też bułeczkami cynamonowymi ślimaczkami, jak kto woli). Ciepły, znacząco słodki korzenny bukiet wydał mi się przy tym wyraźny, ale uległy.

Przeniosłam się do kiepskiej osiedlowej piekarni, w której jest mnóstwo słodkich, jeszcze ciepłych wypieków, rozgrzewających siłą rzeczy. Nie najwyższych lotów jednak niestety. Po prostu słodkich i cynamonowych, chwilami aż cukrowych.

Całość była intensywna na sucho, ale wtedy ryzykownie. Po ogrzaniu obawy częściowo znalazły potwierdzenie, ale nie wynikały z natężenia, bo to było wyraźne, ale nie napastliwe. Zapach rozchodził się w tempie umiarkowanym. Przesłodzone, zacukrzone bułeczki / wypieki cynamonowe czuć, a jednocześnie nie mdliło od nich. Były jednak tylko częściowo autentyczne, a przy tym niezbyt udane, częściowo zaś sztuczne. 

Korzenność stała dopiero za ciastową słodyczą. Cynamon wraz ze swoją colowością niknął w słodyczy i bułeczkowej ciastowości, która wyszła nudno i przeciętnie. To ciepło-słodki, cynamonowy zapach nieźle oddający słodko-tłuste wypieki, ale bez elementu apetyczności (a chyba można tego oczekiwać od zapachów jedzeniowych).

5/10

środa, 6 stycznia 2021

świeczka / wosk Yankee Candle Fireside Treats

Strzał trafiony czy spalony?

Nie cierpię pianek i nie rozumiem fenomenu pieczenia ich na ognisku. Niemniej, ciekawostki czy to spożywcze czy zapachowe mnie ciekawią. Czasem do tego stopnia, że sięgam po coś nie w moim typie, bo po prostu... "jak zrobić coś takiego?". A i nie ukrywam, że w przypadku pianek, które trochę mnie obrzydzają jako jedzenie, wolałam poznać "dziwo przez tak wielu lubiane" poprzez zapach. Palone tony bowiem lubię i np. dobrze, mocno palonym karmelem nie pogardzę - stąd też myśl, że w połączeniu z ogniskiem jednak i przy moich nozdrzach jest nadzieja. Potem jednak do mnie dotarło, że może to pachnieć po prostu... czystym cukrem.

Yankee Candle Fireside Treats to świeczka o zapachu pieczonych pianek, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta:
Delikatne, słodkie opiekane pianki marshmallow, połączone z nutką wanilii i brązowym cukrem
Nuta górna: marshmallow
Nuty środkowe: cukier, wanilia, krem marshmallow
Nuty dolne: drewno cedrowe, żarzące się drewno / żar, drewno opałowe

Recenzja

Świeczka wąchana na sucho wydała mi się delikatna jeśli o wydźwięk chodzi i po prostu słodka. Może nie tak zasładzająco, ale jak zgaszony, pudrowy cukier. Nawet jakby trochę... waciana? Niby waniliowa?

Po rozgrzaniu wciąż czułam wysoką słodycz, której jednak moc była raczej delikatna. Słodycz zaczynała od słodkawej, kojarzącej się z cukrem pudrem, dopiero z czasem się kumulowała i umacniała. Z czasem zrobiła się czysto cukrowa, aż duszna i ciężka za sprawą perfumeryjnie-kosmetycznej wanilii (nie zaś naturalnej). Rzeczywiście może się to pewnie kojarzyć z piankami (nienawidzę ich, więc nie mam doświadczenia), które... w końcu nieco się przypalają. Palony cukier próbował nadać temu charakteru, jednak całość w końcu i tak aż zgęstniała, zasładzając zupełnie. Było to bardzo ciężkie i męczące. Gdzieś w tle doszukałam się nutki dymu, ale... słodycz cukru zasypała to.

Zapach wyszedł średnio intensywnie, rozszedł się jakoś poza pokój, że czułam go głównie wychodząc / wchodząc, a i tak potrafił szybko zmęczyć. Na szczęście zaraz po zgaszeniu znikał.

Całość nie podobała mi się. Ok, nie lubię pianek, ale liczyłam, że ta będzie pachnąć jak... pianki przy ognisku? Że właśnie i ogień, drewno i powietrze / dym czy coś poczuję. Trafiłam... na cukier w cukrze. Ciężki, może rzeczywiście robiący aluzje do dymu, ale... wciąż ciężki cukrowo. Szkoda, bo mogło wyjść ciekawie. W dodatku moc (tak jakościowo) oceniam jako kiepską.
Nie dla mnie na pewno, a wykonanie mocno przeciętne.

5/10