sobota, 12 grudnia 2020

kadzidełka New Moon Dream Catcher

Aromakoszmar czy wonny sen?

Denerwuje mnie wszechobecność motywu łapacza snów ostatnimi czasy. Mało kto wie, o co z nim chodzi, co i jak... "Ale modny". Osobiście nie czuję kultury rdzennoamerykańskiej, więc i łapacze snów mnie specjalnie nie zajmują. Może to trochę śmieszne, ale czasem nawet lubię (niektóre) straszne sny. Kadzidełka te... kupiłam jednak ze względu na interesujące opakowanie, grafikę wilka wyjącego do księżyca i moją kolorystykę. Byłam też ciekawa, czy marka rzeczywiście oferuje jakieś różności, czy wszystkie zapachy robi podobne, skupiając się na opakowaniach przyciągających klientów. Byłam sceptyczna do czasu odpalenia Wicca Ritual.

New Moon Aromas Dream Catcher to zapach na bazie amerykańskich ziół, który ma wyciszać, odpędzając złe sny; u mnie w formie naturalnych kadzidełek patyczkowych, których w opakowaniu jest 10 (15g).


Recenzja

Zbliżając suche kadzidełko do nosa poczułam intensywny, ale o leciutkim i otulającym charakterze, zapach fiołków, drobnych kwiatów i miękkiej, czystej pościeli. Potem pomyślałam też o chłodnej i słodkiej mięcie.

Kadzidełka dymiące się muskały mnie płatkami kwiatów, roznosząc po pokoju zapach białej bawełny i świeżej, czystej pościeli. To subtelna, rześka kołysanka, która niesie mnóstwo drobnych białych kwiatów: konwalii, dzwonków, fiołków. Miały w sobie coś... chłodno-słodkiego? Do głowy przyszła mi słodka mięta i delikatna ziołowość. Też takiej... mięty suszonej, trochę opalonej. Sprawiła, że oprócz rześkiej słodyczy, kadzidełkom nie brak charakteru.

Klimat, jaki stworzyły rzeczywiście był... tulący do snu, senny, z granicy jawy i miłego snu... Daleko trzymający wszelkie koszmary. Rześki i słodkawy... rzeczywiście może wydawać się idealny na wieczór. Podobał mi się, bo w tym wszystkim i o charakterku nie zapomniał.

8/10

czwartek, 10 grudnia 2020

wosk / świeca Woodbridge Black Diamond

Klątwa Czarnej... No, nie Perły, a diamentu

Czerń to kolor, w którym czuję się najlepiej. Wydaje mi się, że świetnie oddaje moje wnętrze. Czerń wydaje się taka... nieprzenikniona, tajemnicza, mroczna. Zapach ten zainteresował mnie ciekawym zestawieniem nut, wypisanych przez producenta. Wyglądało na kumulację, natłok... moich ulubionych. Czy miała mnie ta fuzja wciągnąć jak czarna dziura? Czy wosk ten miał "shine bright like a diamond"? Nie mogłam się doczekać wrzucenia go do kominka (skądinąd czarnego).

Woodbridge Black Diamond to wosk / świeca o zapachu wanilii, drzew, piżma i bursztynu; opakowanie zawiera 68 gramów (8 kostek).

Opis producenta
Słodka i wyrafinowana mieszanka wanilii, drzewa sandałowego i drzewa cedrowego z ciepłym piżmem i bursztynem.
Nuty górne: cytrusy, gałka muszkatołowa
Nuty środkowe: konwalia, jaśmin, gardenia, irys, fasola tonka
Nuty dolne: wanilia, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, piżmo, ambra


Recenzja

Na sucho wosk uderzył męskimi, acz subtelnymi i słodko-rześkimi perfumami. Wtapiały się w wyrazistą kwiatowość: lekką i zwiewną, ale podkreśloną lekką ziołowością. Pomyślałam też o żelu pod prysznic, dającym efekt lekkiego chłodu, w który wpisała się słodycz. Doszukałam się mięty i wanilii, robiących wybiegi do cieplejszych wspomnianych jużziół... może przypraw?  Chłód... chwilami chylił się ku soczystości, jakby podsyconej odrobinką słonawości. Pomyślałam o skalistym klifie, o który rozbijają się fale morskie, a który porasta iglasta roślinność: drzewa i dzikie krzewy. Czułam morską bryzę, wiatr... Też jakby aż cytrusowo kwaskawą sól?

Po ogrzaniu wosk zaczął od męskich perfum i żelu, które szybko częściowo wcisnęły się między kwiaty i krzewy. Z jednej strony było to ciężkawe, nieco duszne... podkreślone ziołami; pomyślałam o jaśminie, wielkich i ciężkich innych kwiatach, ale też o jakieś delikatniejszych, drobnych i zapraszających do bukietu słodycz.

Słodycz, początkowo nieśmiała, z czasem przybrała na znaczeniu jako połączenie kwiatów i wanilii. Jako że było to rześko-zwiewne, poczułam lekki, słodki chłodek mięty. Z czasem do głowy przyszedł mi anyż i... nawet solona lukrecja. W wyobraźni umocnił mi się obraz klifu i słonej wody. Drzewa porastały to skaliste, surowe zbocze, a szczypta soli mieszała się z kwaskiem. Kwiaty optowały za lesistością, a więc drzewami iglastymi, jednak przebiła się też soczystość owoców - cytryn. Te dodały leciutką goryczkę swych skórek, dzięki którym zwróciłam uwagę, że oprócz ziół i słodkich przypraw, kryje się tam też coś korzennego, goryczkowatego. Odrobina wonnych, aż lekko drapiących, poważnych i jednocześnie słodkawych drzewnych żywic domknęła to wszystko.

Wosk był intensywny już na sucho. Ogrzany sprostał rzuconemu wyzwaniu - rozchodził się szybko i unosił się bardzo długo. Był dosadny i cudownie rześki. Wydał mi się jednak nieco zbyt zachowawczy (bo wolę siekiery).

Całość bardzo mi się podobała, bo zaserwowała cały seans bardzo lubianych i obrazowych nut: męskich, ziołowo-kwiatowych i drzewnych; poważnych i jedynie słodkawych. Intrygująca rześkość lasu, morza wzbogacona o słonawość i przyprawy działały na wyobraźnię i uzależniały od siebie. Zamiast rzucić się z tego klifu, chciałabym w tym aromacie utonąć na bardzo, bardzo długo.

9/10

wtorek, 8 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Home Inspiration Merry Mint Chocolate

Poczułam miętę?

Odkąd pamiętam bardzo lubię połączenie mięty i czekolady, jak i po prostu samą miętę. Czekoladę kocham, więc... łatwo dodać dwa do dwóch by wywnioskować, że ta świeczka bez problemu mnie skusiła. Pomyślałam też, że przecież jedna paskudnie sztuczna czekoladowa świeczka (w dodatku innego producenta! - Kringle Hot Chocolate, po której boję się czekoladowych świeczek) nic nie znaczy - dlaczego miałabym odwracać się od wszystkich?

Yankee Candle Merry Miint Chocolate to świeczka o zapachu miętowej czekolady z linii "Home Inspiration" ("Domowe inspiracje"), u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta:
Piękne zderzenie czekolady i liści mięty - odkryj klimat waniliowych lodów, świeżej mięty i topiącej się czekolady.
Nuty górne: waniliowe lody, ekstrakt ze świeżej mięty
Nuty środkowe: mięta, topiące się kawałki czekolady ("chocolate chips")
Nuty dolne: dosadna wanilia, kryształki cukru

Recenzja

Świeczka na sucho pachniała delikatnie słodziutką miętą i mleczną czekoladą. Zaciągając się, miętę odebrałam jako nieco chłodząco-pieprzową, przy czym subtelnie zaznaczyło się kakao, ale także w dużej mierze oddającą krem miętowy o wysokiej słodyczy wanilii. 

Po rozgrzaniu, wosk roztoczył delikatny zapach słodkawej, rześko-chłodnej mięty. Nie wyzbyła się nieco ostrzejszego, ziołowego zabarwienia mięty pieprzowej. Dzięki niej, zwróciłam uwagę na odrobinkę kakao. Dosłownie odrobinkę, bo mieszało się ze słodyczą, której w kompozycji szybko zbierało się coraz więcej. Gdybym miała wskazać czekoladę, powiedziałabym, że to "dość mleczna", bo zapach ogólnie pobrzmiewał jedynie "abstrakcyjną czekoladą" (nieokreśloną, nawet trochę "orzechową"). 

Zbierająca się i rosnąca słodycz miała w sobie wiele z wanilii. Ta, mieszając się z miętą, jednoznacznie wskazała całkiem smakowity krem: niemal lukrowo zasładzający, ale nie ciężki dzięki chłodnemu odświeżeniu, jakie fundowała mięta. Splot ten zahaczył o lekką cukrowość, ale wkomponowało się to w taką... mleczną kremowość, obok której chwilami przemykała nieśmiała czekolada (o orzechowym charakterze?).

Zapach jest delikatny, ale wyczuwalny i... nawet daje lekki chłodek. Rozchodzi się w miarę szybko, utrzymuje się... niezbyt długo.

Całość może nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie, ale była w miarę przyjemna. Przy tak słodkim, kremowo-cukrowo-waniliowym zapachu dobrze, że to nie siekiera. Mięta w łagodnym wydaniu jeszcze jakoś sobie z tym poradziła - gorzej czekolada, ale... na myśl raz po raz przychodziła, a lepsze to, niż miałaby być sztucznie-plastikowa. Trochę zmarnowany potencjał, trochę spełnienie obietnic z wypisanych nut, ot... Pewnie jeszcze wrzucę do kominka... kiedyś tam.

5/10

niedziela, 6 grudnia 2020

wosk Yankee Candle After Sledding

Saneczkowanie, słodkości i... paw?

Zimy mojego dzieciństwa to koniecznie godziny spędzone z ojcem na sankach - ciągał mnie wieczorami w miejscach za osiedlem, o których zdawało się, że wiemy tylko my. Latarnie oświetlające drogę i skrzący śnieg tworzyły magiczny wręcz klimat. Czasem "bardziej ekstremalnie" zjeżdżałam z nim z wysokich górek, bo oczywiście takie rzeczy tylko pod okiem dorosłego (a już jako dziecko nie lubiłam dzieci - z nimi nie było tak fajnie). Co więcej, to ojciec zawsze gotował i piekł różne ciastka. Wszystko to natychmiast mi się przypomniało, gdy więc w internecie zobaczyłam ten wosk, poczułam, że musi być mój. Czytając jego nuty... widziałam je niby, ale w końcu przed wrzuceniem do kominka, nie byłam pewna, czy na pewno do mnie porządnie dotarły podczas zakupów.

Yankee Candle After Sledding to zapach zimowych wypieków; u mnie jako wosk 22 g.

Opis producenta:
Zapach kuszących przysmaków - słodkiego syropu klonowego, przypraw korzennych i ziaren wanilii - zaprasza wszystkich do przytulnego wnętrza po dniu zimowych zabawach na dworze.
Nuty górne: kropla rumu, toffi z syropem klonowym, cynamon
Nuty środkowe: solony karmelowy, creme brulee, gałka muszkatołowa
Nuty dolne: wanilia, syrop klonowy

Recenzja

Na sucho wosk w pierwszej chwili mignął syropem klonowym, by następnie zaserwować mi soczyście-ostry, nieco mydlany świeży imbir. Zaraz poczułam też... surową masą na ciastka / ciasto - pewnie właśnie imbirowe, a na pewno bardzo, bardzo słodkie. Wydało mi się to aż mulące. Pomyślałam o wanilii i syropie klonowym ze specyficznie palonym akcentem, a także karmelu podkreślającym go. Odnotowałam też pewien chłodek - rzeczywiście jakby wrócić z mrozu i wziąć się za pieczenie.

Po rozgrzaniu wosk rozgrzewał imbirem i cynamonem, które już same w sobie zdawały się zdradzać pewną słodycz, by następnie... Przemieszać się z gęstwiną słodyczy najrozmaitszej. Czułam przesłodzoną, ciężkawą masę na ciastka. Była w niej wanilia, syrop klonowy... a ona sama? Na pewno mocno maślana, aż lekko przytłaczająca. To także miękkie, słodkie bułeczki, z których ścieka kiepski syrop klonowy, lub które obkleja karmel... Może też karmel / klon... zmieszany z czymś niemal budyniowym? Wszystko to jakby ktoś kupując produkty, chciał na nich przyoszczędzić.

Z czasem odnotowałam pewien chłodek czy może... goryczkę? Też nieco korzenną, ale... oczami wyobraźni zobaczyłam, jak oto na zimną blachę układa się ciasto na ciastka, dosłownie czułam, jak piekarnik się nagrzewa, a potem wkłada się do niego tę blachę. Ten zapach dosłownie się ogrzewał! Ciepło przyniosło jeszcze więcej słodyczy i lekką soczystość imbiru. Dodał słodyczy mydlanego charakteru, co zmuliło mnie bardzo szybko. Czułam mieszaninę syropu klonowego, wanilii i ciasteczkowości, co wydało się po prostu... przegięciem. Chwilami może i odrobinka soli się w tym zaplątała, ale koniec końców wszystko układało się w przesłodzoną, ciężką i nieapetyczną bułkę / wypiek.

Zapach wyszedł intensywnie, ale straszliwie w tym przytłaczająco i duszno męcząco. Był ciężki, zwalając się całą tą swoją słodyczą.

Niewątpliwie to ciepły zapach... ale tak mdląco-słodki, że zupełnie nie przyjemny. Słodka i budżetowa bułeczka wyszła odpychająco z mydlanością imbiru. Musiałam to szybko zgasić, inaczej chyba bym pawia puściła. O ile na sucho potencjału jeszcze można się doszukiwać, tak w kominku? Porażka.

3/10

piątek, 4 grudnia 2020

wosk / świeca Goose Creek Auburn Lake

Utonąć w zachwycie

Chodzę własnymi ścieżkami, które może i czasem przecinają się z drogami często uczęszczanymi przez innych, ale... cenię sobie własne zdanie. Producentów i marki mam takie "swoje" i choć specjalnie nie wyszukuję tych mniej znanych, jakoś tak się zdarza, że to właśnie w nich w większości odnajduję "to coś". Wszędzie zachwyty Yankee Candle i... choć mają wiele ładnych zapachów, mnie ostatnio coraz częściej rozczarowują. Za to bardzo polubiłam się z pewną Gąską, której mam ochotę poznać jak najwięcej zapachów.

Goose Creek Auburn Lake to zapach jeziora pod kasztanami, u mnie jako wosk (59g).

Opis producenta: 
Jesienna bryza rozchodząca się od chłodnego jeziora pośród kasztanowców.
Nuty górne: czarna porzeczka, bergamotka, mandarynka
Nuty środkowe: wanilia, balsam, czarna orchidea
Nuty dolne: paczula, liście tabaki


Recenzja

Wosk na sucho zapachniał mi drzewami z wilgotnymi, może zmoczonymi deszczem liśćmi oraz iglastymi, kładącymi nacisk na rześkość. Czułam także słodycz herbat... może cytrusowo-kwiatowch i wreszcie sugestię samych słodkich cytrusów (mandarynek?). Kwiatowość wydała mi się ciężka, też zawilgocona. W wonnej ciężkości tliła się również słodycz wanilii, nieco wręcz dusznej i... dymno-oleistej? Kryła się jednak pod intensywnym drewnem, drzewami... ciężkimi i zawilgoconymi. Podkreślała je goryczkowato-wilgotna nutka. Pomyślałam o zawilgoconym drewnie (idealnie oddaje to łódka z etykietki!) i wilgotnej ziemi.

Po ogrzaniu wosk roztoczył aromat drzew, acz słodszy niż na sucho. Wydawał się wilgotny i rześki - rzeczywiście, jak drzewa nad jeziorem. Oczami wyobraźni widziałam mokre liście: zarówno te jeszcze trzymające się na drzewach, sporo zielonych, żywych, jak i opadłe, leżące na wilgotnej ziemi. Goryczkowata ziemistość wiązała się z sugestią męskich perfum, mchów. Prędko pojawiła się, rosnąca w siłę słodycz. Pomyślałam o nieco perfumeryjnej, kwiatowej. Bardzo związanej z roślinami ogółem.

Drzewa niosły też sporo rześkości - tu wyraźnie pojawiały się także iglaste. Aż chłodne w wydźwięku i... kwaskawe? Słodycz podszepnęła soczystość owoców. To cytrusy, słodko-kwaskawe mandarynki i coś bardziej esencjonalnego, słodkiego... Chwilami jakby umykała mi tu wanilia, po czym też odbiła w drzewnym kierunku. Dosłownie widziałam zbutwiałe, zawilgocone drewno i korę... Goryczka i oleistość (wanilii?) mieszały się znów kierując uwagę na wilgotną ziemię. Owoce zaserwowały przy niej więcej kwasku - czarnych porzeczek?

Pod koniec cierpkość owoców, drzew i silniejszych, nieco pikantnych męskich, nieco kwiatowych perfum związały się, oddając zapach scenerii jak z etykietki, aż byłam w szoku.

Intensywność jest wysoka i na sucho, i po rozgrzaniu. Rozchodzi się szybko i trwa dość długo. Mimo dosadności i uderzenia nie męczy. Dzięki dynamice ma się ochotę odkrywać bez końca.

Całość bardzo mi się podoba. Drzewno-drewniana baza, podrasowana ziemią, liśćmi i męskimi perfumami o tak obrazowym wydźwięku dzięki odrobinie słodyczy, owoców wyszła nie tylko zachwycająco, ale też wielopłaszczyznowo, głęboko. Nie brzmi może odkrywczo, ale to... zapach mokrych liści i drewna na najwyższym poziomie. Dosłownie utonęłam w zachwycie nimi.

10/10

czwartek, 3 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Spiced Orange

Niemechaniczna pomarańcza

Bardzo lubię pomarańcze, ale jem je bardzo, bardzo rzadko, bo... są dość problematyczne. Zawsze mam problem z trafieniem na dobrą (dojrzałą w punkt, niesuchą), a obieranie ich i jedzenie, jak tak sok leci i leci, po prostu mnie męczy. Więcej zachodu niż jedzenia. Uwielbiam jednak czyste ciemne czekolady z ich nutą. Po paru świeczkach / woskach doszłam też do wniosku, że pomarańcza to akurat taka "jedzeniowa" nuta, która potrafi mi się podobać. Stąd i decyzja o kupnie tej świeczki.

Yankee Candle Spiced Orange to świeczka o zapachu przyprawionej pomarańczy, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta
Ta jasna, wesoła mieszanka słonecznych cytrusów i żywego imbiru jest doskonałym rozgrzaniem na zimowe dni.
Nuty górne: świeży imbir, soczyste cytrusy, ozon
Nuty środkowe: przyprawy korzenne
Nuty dolne: cukrzona wanilia

Recenzja

Na sucho od razu uderzyła mnie intensywna, goryczkowata gałka muszkatołowa i imbir (zarówno przyprawa, jak i taki "świeższo" soczysty) splecione goździkami i innymi przyprawami korzennymi. Poprzez gorzkawą nutę podkradła się pod to skórka pomarańczy, a wreszcie sam soczysty owoc - delikatny jednak. W jego pobliżu wyłapałam też słodycz... niemal słodziuteńką, sugerującą jakieś galaretki / żelki imbirowe (i pomarańczowe?).

Wraz z woskiem, zaczął ogrzewać mnie intensywny aromat przypraw korzennych z imbirem, gałką muszkatołową i goździkami na czele. Pomarańcza wycisnęła się leniwie... Spod gorzkawej skórki, spomiędzy gorzkawych białych włókien popłynął soczyście słodko-kwaskawy sok owocu. Wzmocniony był ostrą soczystością korzenia imbiru. 

Z czasem mieszało się to z lekką słodyczą, może i wanilią? Chwilami myślałam o jakimś korzennym naparze pomarańczowym. Rozgrzewającym, słodkawym, a jednocześnie ostrym od przypraw. Zdarzyło się, że i jakieś cukrowo-goryczkowate galaretki mi mignęły. Dominowały przyprawy korzenne, jednak także pomarańcza miała się nieźle. Słodko-kwaskawa, z wyraźną i charakterną, goryczkowatą skórką.

Z czasem robiło się nieco bardziej słodko, że imbir wydał mi się leciutko mydlany, ale z pomocą przyszły mu przyprawy korzenne - ostre i aż przenikliwe.
Po dłuższym czasie na szczęście imbir i soczyście-goryczkowata pomarańcza (owoc i skórka) trochę złagodniały.

Zapach był mocny już na sucho, rozchodził się błyskawicznie i utrzymywał się długo, chwilami aż jakby się wgryzając. Nie męczył tym jednak - pasowała moc pasowała do prezentowanej woni.

Mnie zarówno wyrazisty, złożony imbir, jak i cała reszta korzenności bardzo tu odpowiadała. Pomarańcza dopiero za przyprawami, a jednak słodko-soczysta, nieco kwaskawa i skórkowa również, acz zaskoczyła mnie, że nie pchała się na pierwszy plan. Tylko te bardziej słodko-cukrowe wybiegi mi nie pasowały, ale nie były zbyt irytujące (po prostu zbędne); można nawet nie zwrócić na nie uwagi. To zapach nie dla każdego z racji siekierowości - na szczęście ja takie lubię najbardziej.

8/10

wtorek, 1 grudnia 2020

świeczka / wosk Yankee Candle Sweet Maple Chai

Chai bez chillu

W wielu regionach słodkie mleko z przyprawami uważa się za coś wyjątkowo zdrowego, uspokajającego, niegdyś za przysmak bogów. Ciepłe mleko z miodem lub syropem klonowym w chłodne, zimne pory roku wydawać by się mogło czymś bardzo atrakcyjnym, jednak... nie dla mnie. Nie mam w zwyczaju jadać / pić na słodko, a "picia smakowego" (innego niż kawa / herbata) nie uznaję. Nie zmienia to faktu, że czasem lubię zapach takich tworów. Niestety, zamiast kolejne woski / świeczki dokupować po przewaleniu zachomikowanych, mam skłonności do kupowania hurtowo wielu zapachów, i to często seriami podobnych "do porównania". Po Kringle Maple Sugar uznałam, że zapachy syropu klonowego są, jak i większość słodkich czy jedzeniowych, po prostu nie dla mnie. Szkoda, że nie myślałam tak przed kupnem obiektu dzisiejszej recenzji. Mało tego! Kupując uznałam, że cudownie będzie urządzić igrzyska tym dwóm markom...

Yankee Candle Sweet Maple Chai to świeczka o zapachu ciepłego mleka z syropem klonowym i przyprawami, u mnie jako votive / sampler 49 g (potraktowany jako wosk - w kominku).

Opis producenta:
Kubek pełen mleka z przyprawami oraz syropem klonowym - słodka, kremowa perfekcja.
Nuty górne: cukier cynamonowy
Nuty środkowe: kremowa wanilia, aromat pieczonego ciasta, korzennik lekarski
Nuty dolne: brązowy cukier

Recenzja

Już przez opakowanie świeczka uderzała intensywną, słodziutką i zarazem szlachetną słodyczą syropu klonowego z nieco drzewnym wątkiem, malującą się na nieco śmietankowym tle. Było to niezwykle apetyczne i wcale nie mdlące, jak się trochę obawiałam. Przełamała to nieco ciepła, pieczono-pikantniejsza cynamonowa utka.

Po ogrzaniu zapach konsekwentnie postawił na wysoką słodycz, jakby zagęszczającą się. Miała zasładzająco-drapiący, ale jednocześnie szlachetny charakter. To przede wszystkim syrop klonowy z naturalnie lekko paloną nutką. Ta z czasem przybrała na znaczeniu jako coś... ciepło-ciastowego, przyprawionego korzennymi, ale raczej słodkimi przyprawami. Czułam cynamon, jakby... wmieszany w ogrom śmietanki, mleka... w słodkiej, aż mało kawowej kawie? 

Leciutka goryczka wydawała się albo kawowa, albo właśnie bardziej palono-korzenna. Z czasem zaczęłam postrzegać ją jako sztucznie cynamonową (colową?) lub przypaloną, a syrop klonowy wręcz osaczył mnie słodyczą. Pomogła mu w tym coraz mocniejsza nuta wanilii. Cukrowo-mleczne, przytłaczające.

Zapach był intensywny, rozchodziłsię błyskawicznie i trwał dość długo.

Całość była bardzo słodka i mimo wyraźnych palono-drzewnych akcentów, brakowało mi w niej przełamania. Były za to jakieś... nieudane nutki, coś ogólnie irytującego i dręczącego... Śmietankowosć i słodycz inna niż syropu klonowego to po prostu za wiele jak dla mnie przy znikomej ilości charakterniejszych, przyjemnych wątków. Może nie było to wyjątkowo złe, ale drażniło mnie na tyle, że dosć szybko poczułam potrzebę zgaszenia świeczki. 

6/10