sobota, 31 lipca 2021

wosk / świeca Goose Creek Beach Breeze

Egzotyczny bigos

Nie cierpię plażowania, ale ostatnio odkryłam, że plażowe, słonawo-rześkie woski mają u mnie szanse. Pomyślałam, że wszystko zależy od układu kompozycji. To trochę jak z nutami smakowymi w czekoladach - prawie wszystkie mogą wyjść smacznie, o ile mają odpowiednie towarzystwo. A tak się składa, iż odkryłam, jak bardzo odpowiada mi duet kokosa i morskiej bryzy.

Goose Creek Beach Breeze to zapach morskiej bryzy na plaży, u mnie jako wosk (59g).

Opis producenta
To letnie wakacje na Wyspach Karaibskich! Tropikalne kwiaty i chłodna, morska mgiełka koją duszę.
Nuty: morska bryza, pomarańcze, cytryny, kokos


Recenzja

Na sucho poczułam słodki motyw egzotycznych i cytrusowych owoców: ananasów, cytryny, melona... Ze słodką i zarazem goryczkowatą pomarańczą? Wydały mi się nieco kosmetyczne, jak kremy o ich zapachu, a częściowo rzeczywiście autentyczne. Mieszały się z mleczkiem / śmietanką kokosową i pewną rześkością... wiatru?

W paleniu wosk zaczął od rozniesienia słodko-kwaśnych ananasów z rześkim motywem niemal wodnistych, a i tak słodkich melonów. Zmierzały w ciężkim kierunku. Następnie podsycił je kwasek cytryn, ogólnie cytrusów... Zbierały się i mieszały, stając się niejednoznacznymi. Czyżbym wyłapała goryczkowatą skórkę...? Coś przy cytrusach było takiego, że wydały mi się lekko korzenne - jak pomarańcza z goździkami? Z anyżem?

Zaraz pomyślałam o lekko zawilgoconych liściach i kiszonych ogórkach, ale szybko częściowo zniknęło to... w kwasku z echem soli? Pojawiła się odrobinka drewna; pomyślałam o czekoladach z solą, w których dodatek ten jawi się jako słonawy. Przybył kokos... raczej słodko-kosmetyczny, kremowo-perfumowy, sztucznawy, ale też mleczko / śmietanka. Nagle zaserwował mi śmietankowo-kokosowy deser z owocami egzotycznymi, głównie ananasem, brzoskwinią / nektarynką i cytrusami. Soczysta słodycz z wpisanym kwaskiem zalewała... delikatne ciepło, które również w tle pobrzmiewało. Wyszło to dość ciężko, przytłaczająco.

Z czasem raz po raz coraz dobitniej wyłamywał się z kompozycji "jesienny ogórek" - jakby nieudany zapach mokrych liści. Kwaskawo-wytrawny, dziwny, ale nawet nie odpychający, a po prostu niezgrany z resztą. Rozchodził się i... zmieniał w podgniłe liście zalegające na mokrej ziemi lub piasku. Jak... liście opadłe z palm i zalegające zbyt długo? Kwaśno-słodkie i ciężko-wilgotne.

Zapach jest bardzo intensywny, w podobnym sensie i na sucho, i w kominku. Wyszedł ciężko, choć próbował być rześki. Trochę przytłaczał, utrzymując się długo i aż nieco wgryzając w pomieszczenie.

Całość o dziwo, już w kominku, wyszła ciekawie nie źle (nie "nieźle", a nie źle, choć też nie dobrze). Mam z nim problem, bo egzotyczne owoce i cytrusy wyszły przeciętnie, nie podobało mi się zalatywanie ogórkiem, kokos wyszedł słodko i kosmetycznie, sztucznawo, ale... motyw przegniłych liści końcowo przypadł mi do gustu. Tylko że zupełnie nie pasował do reszty / reszta do niego. Takie liście widziałabym w zacnej, jesiennej kompozycji, a tak wyszło jakieś nie wiadomo co. Plażowo-zapachowy bigos, kwaśno-ciężki śmietniczek. A jednak nie był jednoznacznie zły. Podobny do Goose Creek Half Moon Bay, acz przyjemniej liściowy.

7/10

czwartek, 29 lipca 2021

wosk Bridgewater Candle Nantucket Coast

Niczym światło w mroku

Odkąd pamiętam mam słabość do motywu latarni morskich. Podoba mi się klimat surowych, opuszczonych plaż, skalistych wybrzeży, gdzie nie ma ludzi, a... jest wspaniała atmosfera i... być może są piękne zapachy? Na to liczyłam, decydując się wreszcie na ten wosk. Muszę przyznać, że łypałam na niego podejrzliwie od roku. Kusiło prawie wszystko: od etykietki, przez większość opisu / nut po kolor wosku, jednak... odstraszał mnie ogórek. Początkowo nie wiedziałam też, czy potencjalnie słonawe nuty mogą mi odpowiadać, ale kilka morskich zapachów ośmieliło mnie. Wiedziałam, że te mogą jak najbardziej.

Bridgewater Candle Nantucket Coast to zapach morza, ziół i chłodnych owoców, oddający klimat wybrzeża na Nantucket (ponoć piaszczysta i bezleśna wyspa w USA, Massachusetts); u mnie jako wosk kostka ok. 12 g (w opakowaniu 73 g).

Opis producenta:
Oto rosnące fale oceanicznej perfumeryjności. Ciemnoniebieskie morze tworzy stonowane i majestatyczne tło. Chłodzący ogórek, melon i mandarynka obmywają wydmy ziołowej szałwii oraz bazylii. Pędy paczuli i piżmo dopełniają kompozycję ziemistą słodyczą. 


Recenzja

Na sucho wosk pachniał odważnymi ziołami: suszonymi, ale nie tylko, bo też trochę świeżymi... Mieszały się z dobrymi, męskimi perfumami / żelem pod prysznic. Było to kojące, orzeźwiające... Z ziół wskazałabym szałwię, od której odchodziła lekka kwaskawość. Wtapiała się w słodkie cytrusy (pomarańcza z bergamotką?) i rześkie, ale delikatniejsze tony. Bardziej kwiaty i świeże zioła? Pomyślałam też o rozgrzanej słońcem ziemi, odrobince soli. Wyobraziłam sobie dziki, nadmorski brzeg, nadmorski las... Ledwo oświetlany słońcem, które nieudolnie próbowało przebić się zza szarawych chmur.

Po rozgrzaniu wosk położył nacisk na słodycz, zioła i ciepło. Goryczkowato-cierpkie zioła otuliły się słodyczą, jednak i wytrawności im nie brak. Zdecydowanie dominowała rześka szałwia, ale też... wytrawniejsze, świeże liście bazylii, może rozmaryn...? Trochę przypraw korzennych się przy nich zaplątało, trochę kwiatów... Gdzieś w tle może odrobinka lawendy.

A życie tych podkreśliły owoce. Delikatne... może gruszka i cytrusy. Pomyślałam o pomarańczy z bergamotką, ale też mandarynką... dosłownie jednak odrobince. Ich rześkość mieszała się z nutą męskiego żelu pod prysznic. Zgrało się to z ziołami i motywem chłodnej, morskiej bryzy.

Poczułam się, jakbym z jakiegoś lasu wyszła na surową plażę nad morzem, w dniu ze zmienną pogodą. Surowe rośliny rosnące wokół, chłód... Trochę roślin zawilgoconych, zalegających na ziemi... a jednak czułam też trochę rozgrzaną ziemię i perfumeryjne ciepło. Z czasem wróciły zioła, ale w wydaniu bardziej suszonym i puszczającym oczko do ciepłych przypraw. Jakby tak... tego chłodnego dnia otulić się męską bluzą?

Zapach na sucho jest intensywny, w kominku także. Rozchodzi się dość szybko, początkowo delikatnie pobrzmiewając, ale jak już się rozkręci... Jest moc! Rozchodzi się na całe mieszkanie. Utrzymuje się bardzo długo z poczuciem rześkości włącznie.

Piękny, mocny zapach. Niby chłodny, ale przełamany lekkim ciepłem. Dosadny, szlachetny i gorzkawy, a jednocześnie znacząco słodki. Męski charakter, ciekawe, słodkawo-goryczkowate zioła, złożona rześkość i motywy roślinno-morskie z tlącym się ciepłem bardzo mi do gustu przypadły. Chyba całkiem nieźle oddają etykietkę. Jest w nim jednak pewne... tajemnicze niedopowiedzenie? Chyba tak. Wśród jemu podobnych wyróżnia się, jak światło z latarni na morzu.

10/10

wtorek, 27 lipca 2021

wosk / świeca Goose Creek Loves to Cuddle

W objęciu perfum

Kolejna etykietka z kotami oznaczała jedno: kolejny wosk do zdobycia. Całe szczęście, że zazwyczaj nuty z takich wpisują się w mój gust (bardziej lub mniej, ale jednak). A tu... mało, że koty! W dodatku kocięta! Pomyślałby kto, że nawet taki mroczny i ponury typ jak ja się nimi zachwyca. Cóż, może jestem jedną z nielicznych, która woli dorosłe już koty, ale... ale i kocięta mają ten swój urok. Jak to koty.

Goose Creek Loves to Cuddle to zapach dla lubiących przytulaski, u mnie jako wosk (59g).

Opis producenta
Na deszczowe, wiosenne dni: otwórz okna, złap książkę i wsłuchując się w krople deszczu, utoń w ciepłym i odprężającym zapachu.
Nuty górne: kaszmirowa wanilia, lekka bergamotka
Nuty bazowe: kwiaty mleczy, wanilia
Nuty dolne: białe drewno, bursztyn, drewno sandałowe


Recenzja

Suchy wosk pachnie słodką wanilią; oddaje ciepłe i miękkie sweterki, przesiąknięte dobrymi, kwiatowymi kobiecymi perfumami. Sporo w tym wanilii, ale nie obeszło się bez ciepła orientu. To nie tyle przyprawy, co nutka... niby korzenna, ale nie do końca. Mieszała się z drewnem i kwiatami. Wszystko to aspirowało do ciężkawego splotu, acz przewijała się w tym także rześkość. Jakby zapach mżawki? A także leciutko cytrusowa nutka i wątek perfum bardziej męskich.

Po rozgrzaniu wosk roztaczał słodycz kobiecych, kwiatowych perfum i wanilii. Do głowy przyszedł mi waniliowy sernik, piekące się ciasto i... właśnie dużo ciepła. To jakieś jasne drewno i drewno orientalne. Łączyło się z czymś mięciusim. Sweterkiem / szalem? Na pewno nasiąkniętym zacnymi, kobiecymi perfumami.

Wszystko to zostało subtelnie przełamane rześkością męskiego... żelu pod prysznic? Nutką wody, mżawki... takiej rześkiej, chwilowej jakiegoś wczesnoletniego (może i wiosennego) dnia. Przy słodyczy wanilii z czasem pojawiło się przełamanie - to lekki cytrus... słodko-goryczkowata pomarańcza? Wplotła się w ogólne ciepło.

Zapach na sucho jest bardzo intensywny. Z kominka rozchodzi się błyskawicznie, wykazując się zacną mocą, następnie na pewien okres hamuje i trwa, wydaje się raczej spokojny. Po takim delikatnym roznoszeniu się, znów odzywa się mocniej. Utrzymuje się dość długo, ale znów raczej delikatnie.

Zakochałam się w klimacie sweterka, miłego ciepełka związanego z kobiecymi perfumami i wanilią oraz mżawką z echem perfum męskich. To obłędne przełamywanie, kontrast, a jednak subtelność... Coś wspaniałego! A jednak... Żałuję, że nie zrobili tego bardziej siekierowego. Chwilami czułam bowiem niedosyt co do pewnych nut.

8/10

niedziela, 25 lipca 2021

wosk Candle Warmers Mahogany Teak

Drzewne taekwondo

Lubię zapach drewna, więc wydaje mi się ono w miarę dobrym wariantem na poznanie danej marki. Amerykańskie Candle Warmers w sumie wyglądało ciekawie. Łatwo mi osądzić, czy dany producent umie zrobić zapach, jak lubię. W momencie bowiem, gdy na pierwszy raz mam od razu kupić całość, nie na kostki, niespecjalnie mam ochotę na ryzykowne czy zbyt udziwniane warianty. Nawet, gdyby miały okazać się ładne, bo... no cóż, zawsze zostaje pewna niewiadoma. A ładnych zapachów drzewnych nigdy za wiele.

Candle Warmers Mahogany Teak to wosk o zapachu mahoniu i drewna tekowego, u mnie jako wosk-kostka; opakowanie zawiera 70,9 gramów (6 kostek).

Opis producenta
Bogaty mahoń i drewno tekowe, zmiękczone nutami lawendy i róż.


Recenzja

Na sucho wosk pachniał odważnymi, dobrymi jakościowo męskimi perfumami, lawendą o słodko-goryczkowatym, suszonym charakterze i drewnem. Czułam lekką goryczkę starego parku, porośniętego krzewami... lawendy? Zapach miał lekko chłodny wydźwięk. Wydał mi się nostalgiczny.

Z kominka ta męska, trochę kolońska i chłodna nuta rozchodziła się wraz z nostalgicznym klimatem opuszczonego parku. Czułam goryczkę, nawet lekką cierpkość drzew.

Drzew suchych, starych i drewna. Pomyślałam o starym, szarawym... Które po chwili zaczęła otaczać coraz to wyższa słodycz lawendy. Najpierw suszona jak... jak ze starej, drewnianej szafy? Lawenda kumulowała się, częściowo porzucając męską nutę, a idąc w bardziej kwiatowymi kierunku. Poczułam suszone... Róże? Wzrosła słodycz. Z racji chłodu pomyślałam o żywych, nieco zawilgoconych (od rosy?) krzewach róż i lawendy... pojedynczych, ale jednak. 

Ogólna słodycz zrównała się z drewnem, które z kolei podtrzymywało powagę. Oczami wyobraźni patrzyłam na masywne, grube pnie. Skojarzenie z nimi wywołała gorzkość, nasilająca się analogicznie do słodyczy.

Gorzkawość drzew i krzewy, suche kwiaty związane były z motywem męskich perfum. Z czasem ten wątek okazał się dowódcą, prezentującym wszystkie pojedyncze, wymienione już nuty.

Intensywny już na sucho zapach z kominka rozszedł się błyskawicznie. Choć początkowo rozgrzany był subtelny, zaraz potwierdził swoją siekierową moc. Długo się utrzymuje, nie przytłacza.

Kompozycja bardzo mi się podobała. Piękna, dosadna (jak mocny kopniak ze sztuki walki taekwondo!) i męska. Wyraziste drzewa, drewna, suchość parku i szafy, podkreślone kwiatami lawendy i róży. Prosty, nie jakiś wyszukany i bardzo w tym udany; przejrzysty. Nie wiem, czy bardzo adekwatny do nazwy / etykietki, ale i tak ma moje uznanie.

9/10

piątek, 23 lipca 2021

wosk Yankee Candle Chocolate Truffle

Pudełko rozczarowań (bo nie czekoladek)

Czasem załamuję się nad sobą, dlaczego zdarza mi się hurtowo kupować pewne rzeczy. Czekoladki, pralinki, bombonierki... przecież ja nie cierpię takich rzeczy! Co mnie podkusiło? Myślałam sobie, że jako wielbicielka czekolady muszę mieć taki rzadki zapach, ale... nie wiem, co sobie myślałam. Przecież ani pralinki, ani tym bardziej wosk nie jest wspaniałą tabliczką czekolady. A jednak zamiast puścić go w świat (sprzedać? wyrzucić?), postanowiłam wrzucić do kominka. W końcu... "życie jest jak pudełko czekoladek". Nie wiadomo, co się trafi, prawda?

Yankee Candle Chocolate Truffle to zapach trufli czekoladowych; u mnie jako wosk 22 g.

Opis producenta
Głęboki, bogaty i warty grzechu zapach czekolady... Wyobrażenie nieba miłośników czekolady.

Recenzja

Na sucho wosk zaskoczył mnie dość mocnymi przyprawami korzennymi pod przewodnictwem gałki muszkatołowej i aż goryczkowatego cynamonu. Było to odrobinę truflowo-czekoladowe, ale... nie esencjonalnie czekoladowe. Nuta delikatnego kakao w proszku, a także delikatna słodycz przeplotły to, acz nie tak mocno, jak można by się spodziewać.
W kominku wosk jednak zaserwował o wiele więcej czekolady z tym, że... plastikowo-sztucznawej, słodkiej. Słodycz oddawała cukier wanilinowy i jakieś... nadziewane śmietankowo-kakaowym kremem pralinki? Dość tandetne na pewno.

Zaplątała się nuta kakao w proszku, pylistego, cierpkawego... i płaskiego, bez głębi. Może nawet odnotowałam coś soczystszego...? Mieszało się z plastikową czekoladą, podkreślając tylko niskobudżetowy wydźwięk. Z czasem irytował coraz bardziej. Robił się coraz słodszy, może nawet złudnie korzenny, ale jak jakieś tanie pierniczki, podlane lichą polewą pseudoczekoladową. Oczami wyobraźni przyglądałam się gwiazdkowym figurkom z masy czekoladopodobnej.

Moc zapachu na sucho wydała mi się przeciętna, a w kominku średnio mocna, ale... tej kompozycji na dobre to wyszło. Takie nuty mogłyby powalić, gdyby były siekierą. Aromat rozchodzi się dość szybko i trwa średnio długo. Nie przytłacza na szczęście.

Wosk nie przypadł mi do gustu. Na sucho nie porywa i nie jest zgodny z nazwą, moc ma średnią, a w kominku okazuje się słodko-sztuczny i nieprzyjemny. Może nie jest to plastik-killer, ale coś, czego zakupu żałuję.
Taak, życie jest jak pudełko czekoladek - nie dość, że nie wiadomo, co się trafi to jeszcze często jest pełne rozczarowań.

4/10

środa, 21 lipca 2021

kadzidełka Karmaroma Tales of India Incense Masala Chai

Lew tygrys, czarownica i stara szafa

Moja kolejna indyjska opowieść snuta przez HD zapowiadała się korzennie. Lubię przyprawy wchodzące w mieszankę chai, jednak nie wydają mi się wyjątkowo interesujące, a po prostu ładne, gdy chodzi o zapachy. Kusiły i tak... Zwłaszcza, że opakowanie zdobił tygrys.

Karmaroma Tales of India Incense Masala Chai to zapach oddający indyjską korzenną herbatę, z linii inspirowanej Indiami; u mnie w formie kadzidełek patyczkowych, wykonanych ręcznie w Indiach (Bangalore), których w opakowaniu jest 15 gramów (u mnie 12 szt.). Wyprodukowane przez Hari Darshan Sevashram Pvt. Ltd. (HD).

Opis producenta
Ciepłe, orientalne i pikantne nuty cynamonu, goździków, imbiru i kardamonu.


Recenzja

Na sucho kadzidełka pachniały sporą ilością gorzkawych przypraw, wśród których odnotowałam kardamon. Za ich sprawą pomyślałam o starej, drewnianej szafie... z futrami i skórzanymi ubraniami? Było to ciepłe, dość ciężkie, a jednak z pewną... słodyczą, ukrytą w tym wszystkim.

Po rozpaleniu kadzidełko nie zaniechało gorzkości przypraw korzennych. Przodował wyrazisty kardamon, a zaraz za nim słodszy cynamon i goździki. Zaplątał się w nich drewniany motyw, znów nasuwający na myśl starą, drewnianą szafę z wiszącymi w niej futrami i skórzanymi ubraniami. Czuć ciężkość tego wszystkiego, ale też... ciepło i... miękkość futer.

Korzennie-orientalne przyprawy roztaczały właśnie ciepło i choć baza była gorzkawa, w udany sposób dodały jej słodyczy, która jakby ośmieliła nieco pikanterię. Nie była wysoka, a bardziej rozgrzewająca i zarazem... rześka. Do głowy przyszedł mi lekko soczysty korzeń imbiru słodkawo-rześkawy pieprz ziołowy / cytrusowy. Tonęły jednak w drewnie w korzennej mieszance. Podkręcały skojarzenia z futrami. Z czasem rozniesiony po pokoju dym wydawał się... słodko-miękki i ciepły, aż ciężki, ale w pozytywnym sensie.

Zapach czuć wyraźnie jeszcze przed podpaleniem, a potem już w ogóle bardzo wyraźnie! W dodatku rozchodzi się szybko. Patyczek pali się długo, roztaczając sporo dymu. Nie męczy on jednak, nie zadymia pomieszczenia.

Gdy tak na koniec pomyślałam o tym wszystkim... tygrys na opakowaniu wydał mi się niezwykle adekwatny. Ta ciężkość, wyrazistość, a jednak też miękkość futra (!). Niebanalny, pobudzający wyobraźnię splot korzennych przypraw. Taki... nieoczywisty, ciut nie "Lew, czarownica i stara szafa". Bardzo mi się spodobał. Kompozycja wydała mi się prostszą, "jaśniejszą" i delikatniejszą wersją Noor Oud Dehn-Al.

8/10

poniedziałek, 19 lipca 2021

wosk Vellutier Vintage Library

Z nosem w książce i kominku

Jestem molem książkowym i choć cenię sobie postęp technologiczny, książki uznaję tylko papierowe. Mają niezwykły klimat, który aż ciężko opisać. Gdy więc zobaczyłam wosk, obiecujący go, w dodatku wydany w tak eleganckiej formie, stwierdziłam, że może być ciekawie.

Vellutier Vintage Library to zapach oddający starą bibliotekę, u mnie jako wosk (50g).

Opis producenta
Zasiądź w naszej bibliotece przepełnionej woluminami największych mistrzów. Odpocznij w wygodnym fotelu przy dębowym biurku i poczuj wyjątkową atmosferę tego miejsca dzięki wyszukanym nutom wybornego, ciemnego rumu, żywicznego opoponaksu i labdanum, wanilii bourbon i indyjskiego drzewa sandałowego.
Nuty górne: ciemny rum, opoponaks (słodka mirra
Nuty bazowe: labdanum, rozmaryn
Nuty dolne: wanilia bourbon, drzewo sandałowe


Recenzja

Już po otwarciu eleganckiego pudełeczka poczułam słodycz wanilii i ciepło, co po chwili ułożyło się w ulotne skojarzenie ze starymi książkami. Była w tym pewna suchość, z wyczuwalnym charakterem drewna w tle. Goryczka i słodycz splotły się w szlachetnej, nieco alkoholowej mgiełce.

Z kominka rozeszła słodycz wanilii, podszyta goryczkowato-kadzidlanym motywem. Także był słodki, ale o wiele poważniejszy. Mignął mi palono-karmelowy akcent whisky czy czegoś mocniejszego. Ukryło się to jednak w słodkim cieple kompozycji.

Ciepło pokusiło się o pikanterię. Lekką i słodką, ale jednak. Poczułam przyprawy, zioła... rozmaryn i szałwię? Wydało mi się to rześkie, acz tylko przez chwilę. W pewien sposób żywsze, jak powiew, wywołany przerzucanymi stronami książki. Książki starej i nasyconej aromatem drewnianego otoczenia, biblioteki. Ciepło podszepnęło suchość. Pomyślałam o słodkich, suszonych liściach tabaki i znów o kadzidlano-drewnianym motywie. Drewno musiało być jasne i czyste, wonne. Wanilia udekorowała je znacząco. Rzeczywiście poczułam się, jakbym siedziała przy starych, pięknie pachnących książkach. Leżących na drewnianym stole, w wiekowej, drewnianej bibliotece.

Miało to nieprzytłaczający, a jednak poważny, lekko tajemniczy wydźwięk. Ciepło i słodycz wciągały. Drewno, tabaka jakoś to wyważyły, z czasem dopowiadając temu jeszcze lekko kominkowe echo.

Zapach na sucho jest delikatny, a w kominku pokazuje trochę mocy, choć wciąż siekierą się nie staje. Wyrazisty, wyraźny, a przy tym naturalny. Rozchodzi się dość szybko, a utrzymuje raczej długo.
Nie narzuca się. Sam wosk jest jednak bardzo mazisty, miękkawo-oleisty, co mi nieco przeszkadzało, ale zachowuje się czysto, nie brudzi rąk.

Całość w miarę mi się podobała, jednak nie jestem przekonana co do formy i takiej mocy. Czuć, ale brakowało mi uderzenia, siekierowości, jaką mogłyby takie nuty mieć. Opakowanie może i eleganckie, zachwycające, ale papier itp. nie wyszły specjalnie wygodnie. Jakoś nie zachęciło mnie to do dalszego poznawania marki.

7/10