Lawenda z cytryną w księżycowym cieple
Woski nawiązujące do księżyca, pełni i nocy zawsze przykuwają moją uwagę. Etykietkami - owszem, nie będę zaprzeczać, ale też po prostu nutami. Przeważnie bowiem oferują dokładnie te, które potrafią mnie zachwycić i których nigdy nie mam dość. Gwieździste nocne niebo ma w sobie to coś! Zamknięcie go w wosku jakby nie patrzeć daje producentom niezłe pole do popisu. Amerykańskiej marki, mimo że pionierskiej i działającej od jakiś 180 lat, Candle-lite co prawda nie znałam, ale pomyślałam, że warto poznać. Dziś przedstawiany wosk obudził bowiem we mnie nadzieję, że być może trafiłam na coś podobnego do jednego z moich ulubionych zapachów, Yankee Candle A Night Under The Stars.
Candle-lite Moonlit Starry Night to zapach świeżego, nocnego powietrza, lawendy, kwiatów i drzew, u mnie jako wosk sojowy (w opakowaniu 56g, czyli 6 kostek po ok. 9g)
Podziwiaj nocne niebo rozbłyskujące męską mieszanką skórek cytrusów, lawendy, kwiatów i bogatego mchu ponad zmysłowymi nutami drzewnymi.
Nuty górne: jabłko; aldehydy, czyli świeżość; mięta
Nuty środkowe: lawenda, ozon, konwalia
Nuty dolne: sosna, drzewo sandałowe, bursztyn
Recenzja
Suchy wosk pachniał mocno lawendą, trochę przełamaną innymi kwiatami - nocnymi? Jaśminowcem? Było słodko, ale jednocześnie poważnie i mocarnie. Za tym stało drewno i cytrusowo-goryczkowaty wątek. Skórka cytryny mieszała się z limonką o lekkim kwasku. Przeplótł to leśny mech, wszystko ze sobą spajając. Kompozycja przybrała klimat nieco ostro-przenikliwych w ziołowo-cytrusowy sposób męskich przypraw.
Z kominka pierwszy rozszedł się duet lawendy i cytryny. Obie cechowała rześkość i świeżość. Cytryna połączyła kwasek z goryczką skórki, co stało w harmonii z lekką goryczką lawendy. Ta szła w nieco ciężkawo-ziołowym kierunku, ale nie zapominała o rześkości. Czułam się, jakbym znalazła się nocą na polu lawendy. Normalnie czułam, jak wśród krzaczków lawendy przemyka chłodny wietrzyk, nocne powietrze. Z czasem lawendę wzmocniły drzewa i mech... Ogólnie las z rześkością chłodnej, ale nie zimnej letniej nocy. Chodzi o taki chłód, który wydaje się wręcz zbawienny po upalnym dniu. I właśnie też to wspomnienie gorącego dnia... zaznaczone jako jakby... ciepły, "przytulny" mech? Leśna przytulność? Trochę jak z polanki, na której chciałoby się spać pod gwiazdami.
Myśli o wonnej nocy nasilał słodki jaśmin, plączący się w tle oraz odrobinka chyba mięty. Przypominały lawendzie o nieco bardziej kwiatowym klimacie. Cytryna zaś z czasem też znalazła sobie towarzystwo: soczystej, rześkiej limonki oraz jej nieco bardziej goryczkowatej świeżo startej skórki. Z czasem słodycz rosła za sprawą kwiatów, ale wydawały się coraz bardziej osadzone w nieco perfumeryjnym klimacie. Myślę tu o perfumach męskich, gdzie kwiaty mieszają się z cytrusami i mają pewien specyficzny, poważniejszy, cięższo-wytrawniejszy wydźwięk.
Suchy wosk był średnio silny, zaś w kominku bardzo silny. Jeszcze nie siekierowo, ale wystarczająco i satysfakcjonująco. Potrzebował chwili, ale gdy już rozbrzmiał, był wyczuwalny równomiernie i wyraźnie. Po zgaszeniu świeczki dość długo jeszcze pobrzmiewał, ale nie wgryzał się w pomieszczenie.
Wosk bardzo mi się spodobał. Trafił na listę ulubieńców, pokazując, że czasem sukces tkwi w prostocie. Lawenda i cytrusy, kwiaty w wydaniu męsko perfumowym, przywodzące na myśl rześką, wyczekiwaną letnią noc na polu lawendy z aromatem drzew w tle to po prostu coś wspaniałego. Kompozycja niby prosta, ale tak autentyczna i realistyczna, tak dobrze wyważona, że na pewno nie jak jedna z wielu. Faktycznie, pewne podobieństwa z Yankee Candle A Night Under The Stars wystąpiły.
10/10

